News-Serwis

Teatr im. Szkockiej Suczki

Złudzenie apteczne

Złudzenie apteczne
16 sierpnia 2015
08:59

Znalazłem się niedawno obok kamienicy, gdzie moja matka przepracowała trzy czwarte zawodowego życia – w aptece. Już w czasach mojego dzieciństwa była ona obiektem historycznym.

Wejście za jej próg oznaczało znalezienie się w świecie, który na zewnątrz od dawna nie istniał. W świecie nie tylko eleganckiego, zabytkowego wyposażenia, ale też ludzi z innej rzeczywistości. – Ostatni właściciel upaństwowionej apteki, urodzony za przedostatniego (!) cara, w otchłaniach XIX stulecia (kaprys ludowej władzy zachowywał go, mimo bardzo podeszłego wieku, na państwowej posadzie, a były posiadacz zachowywał się tak, jakby trwał nadal na swoim) oraz farmaceutki – młode (jak moja matka) i w wieku średnim – wszystkie z jakimiś rodzinnymi historiami, zakorzenionymi w ziemiaństwie i przedwojennej inteligencji.

Posługiwano się ścisłą, fachową terminologią. Przede wszystkim nie było klientów, tylko pacjenci. Leków się nie sprzedawało, lecz wydawało.
W izbie ekspedycyjnej, przy pierwszym stole – nie przy ladzie.
W recepturze (na zapleczu) znajdował się drugi stół – na nim robione były mikstury, maści, czopki, globulki, proszki, krople itd. według przepisu lekarza. Formuła: panie magistrze, pani magister obowiązywała wszystkich. Nie tylko personel pomocniczy. Zwracali się tak do siebie sami farmaceuci, nawet w podobnym wieku – i to nie tylko w pracy, często przez całe dziesięciolecia, ale również prywatnie.

Ileż anegdot z czasów zatrudnienia w tej i trzech innych, wcześniejszych, aptekach, potrafi opowiedzieć moja maman! – Na przykład o starszym koledze, który wybrał się do usytuowanego w podwórzu, drewnianego – nazwijmy rzecz po imieniu – wychodka. (Działo się to na prowincji, dokąd mamusia została, krótko po studiach, skierowana na mocy obowiązującego wówczas, tak zwanego, nakazu pracy). Zasiadł spokojnie na desce, gdy nagle coś uderzyło go w gołą, wypiętą część ciała. – Było ciepłe i miękkie. – Strwożony aptekarz stwierdził, że obiektem okazał się kot, który – prawdopodobnie w poszukiwaniu szczurów – zapuścił się do względnie suchego wnętrza przybytku i przerażony naglą ciemnością, chciał się salwować ucieczką, rzucając swe cielsko na oślep w kierunku otworu, którym się dostał do środka.

Do legendy przeszło postępowanie z aptecznymi pacjentami pewnej starszej koleżanki mamusi. – Wypisywała im, na przykład, paragony na
8 groszy. – Kierownik zapytał kiedyś, co to za pozycja – jako, że za nic nie można było zapłacić tak nikczemnie mało.
– Dzióbek – odparła.
– Słucham?
– Dzióbek. Kiedy pacjent oddaje buteleczkę bez dzióbka, a bierze lekarstwo w buteleczce z dzióbkiem, droższej o 8 groszy – doliczam mu
różnicę. (Wówczas był bowiem zwyczaj oddawania butelek po zużytych, a robionych na zamówienie, lekarstwach. Butelki po fabrycznych syropach też zresztą oddawano).

Istniała również niepisana umowa (przestrzegana do dziś), że pacjent zabiera ze stołu lekarstwa dopiero wówczas, gdy farmaceuta przyniesie wszystkie, przepisane na danej recepcie. I kiedy zdarzało się, że ktoś wcześniej po coś sięgał – pani magister, o której mowa, biła go najzwyczajniej po palcach ołówkiem. Kiedyś chłop odbierał robiony na zamówienie specyfik.
– Co to było? – zapytała.
– Lekarstwo – padła odpowiedź.
– A ja butów szukam!
Chodziło jej o to, czy ma szukać maści, mikstury, czy proszków. –
I jemu też. Ona jednak nie wiedziała, że lud lekarstwem nazywa jedynie medykamenty do picia.

O swojej własnej pracy moja matka też ma co opowiadać. – Przyszedł, na przykład, kiedyś pacjent po suspensorium – czyli worek do podtrzymywania mosznowej ruptury.
– Jaki rozmiar? – zapytała matka.
– A tak na oko, daj pani – zaproponował chory.
Innym razem zgłosił się człowiek ze słoikiem po stojącym na pierwszym stole kleju roślinnym – który, przez pomyłkę, zabrał z lekarstwami –
służącym do przylepiania numerków. Oddał pusty pojemnik i zażyczył sobie powtórzenia specyfiku, ponieważ bardzo mu na coś pomógł. Jeszcze inny zażądał spirytusu.
– Ale który pan chce? – padło pytanie zza szyby.
– Takie cóś, pani, od worka.
Matka pomyślała chwilę.
– Kamworowy?
– O, o!
Pacjent (!), na nocnym dyżurze, zażyczył sobie kiedyś prezerwatywy. Zdziwionej nieco mojej rodzicielce wytłumaczył:
– Pani, chora leży i czeka!
Ludzie chcieli ave Maria – co oznaczało aviomarin. Albo mówili: olaboga – co należało rozumieć: cholagoga. Itd.

Lokal na parterze kamienicy, gdzie kilka państw i ustrojów przetrwała przywołana na początku apteka – zajął właśnie sklepik popularnej dziś
w Polsce sieci handlowej. Tam, gdzie był pierwszy stół jest – półka
z alkoholami. W izbie ekspedycyjnej regały z innymi produktami pierwszej potrzeby. W recepturze mieści się zapewne magazyn. Lecz nie jest wykluczone, że klientów obsługuje jakaś pani magister.

Pebejot

575024_3567067063061_297196024_n kopiaPiotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.





fot. JAKUB GRUCA/ NEWSPIX.PL

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze