News-Serwis

Kraj

Rozmowa N-S: „Ludzi ciągnie do sukcesu” – mówi Tomasz Leś, przewodniczący NZS UW

Rozmowa N-S: „Ludzi ciągnie do sukcesu” – mówi Tomasz Leś, przewodniczący NZS UW
10 sierpnia 2015
12:10

 

Przed Wami rozmowa. Rozmowa o studiowaniu pełnym zaangażowania. O tym, że młodym ludziom się chce. O tym, dlaczego każdy może zostać liderem i jak osiąga się sukces. A także o tym, że wszyscy popełniamy błędy i że błędy mogą nas wiele nauczyć. Że chcieć znaczy móc, a rzeczy niemożliwe są… niemożliwe, bo nie istnieją. Tomasz Leś, przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Kingą Kosibą. O tym, co ważne.

Zacznijmy od Twojej drogi do bycia liderem.

Zaczęło się w liceum. Przez całe gimnazjum szukałem miejsca dla siebie, moje zaangażowanie brało się stąd, że się nudziłem, ale też stąd, że zawsze chciałem robić rzeczy ważne i zacząłem, tak jak chyba każdy, od samorządu szkolnego. Tam spotkałem ludzi, którzy mnie zainspirowali, udało się osiągnąć pewne sukcesy, a to chyba sukcesy tak naprawdę motywują do działania dalej. Tam przechodziłem kolejne etapy drogi do bycia liderem, jak to nazwałaś. Na każdym etapie człowiek się czegoś uczy. Funkcja nie oznacza bycia liderem, funkcja może być co najwyżej potwierdzeniem. Tak naprawdę ciężko mi powiedzieć, czy już jestem liderem, trzeba by zapytać ludzi, z którymi współpracuję, czy już nim jestem i kiedy to się stało.

Ciężka była ta droga?

Tak. Zawsze się śmiałem z ludzi sukcesu, którzy mówią, że tak naprawdę ciężka praca, ciężka praca i jeszcze raz ciężka praca, no i troszeczkę talentu. Ja sobie myślałem: e tam, gadają, poszczęściło im się, a tak naprawdę nic nie robią. Ale jednak w każdym momencie mojego życia przekonuję się, że to była prawda, że trzeba po prostu pracować i jeszcze raz pracować, w końcu ludzie to docenią i człowiek sam wejdzie na poziom, z którego może być zadowolony.

Jakie macie założenia jako organizacja?

Niezależne Zrzeszenie Studentów jest przede wszystkim takim tworem, który robi rzeczy bardzo szeroko pojęte. Są ludzie, którzy zajmują się organizacją warsztatów, są ludzie, którzy robią teatr, są ludzie, którzy organizują debaty. Są też ludzie bardziej zaangażowani polityczne, którzy robią rzeczy polityczne przez „duże p”. To jest organizacja, w której tak naprawdę każdy się odnajdzie. Ja zawsze mówię, że NZS to jest taka maszynka do zmieniania samego siebie i zmieniania otoczenia, ponieważ mi ta organizacja pokazała, że nie ma rzeczy niemożliwych, że nie jest tak, że niemożliwe jest załatwienie czegoś. Tak samo jak możliwe jest sprawienie, żeby osoba, która przychodzi do organizacji, a jest cicha i zamknięta w sobie, po kilku miesiącach stała się liderem. A to daje mi najwięcej satysfakcji – to, jak widzę, że ludzie się rozwijają.

Czyli każdy może wymyślić jakąś inicjatywę, którą będziecie realizować?

Jesteśmy mega otwarci i zawsze powtarzamy na rozmowach rekrutacyjnych, że jeśli macie jakiś pomysł to przyjdźcie, powiedzcie, my zawsze Wam pomożemy. Na różnych spotkaniach, szkoleniach mówiłem, że nasza rola – rola pionu kierowniczego – polega na słuchaniu pomysłów i obrabianiu ich za pomocą foremek, które mamy. Poprzez nasze doświadczenie możemy obrobić Twój pomysł, żeby zrobić coś naprawdę fajnego. Coś, co przyniesie sukces.

11049113_869578083113093_4528363623551009669_n

„Żłobki na uczelniach” – akcja organizowana przez Niezależne Zrzeszenie Studentów Uniwersytetu Warszawskiego (fot.: Facebook)

Wasze największe inicjatywy.

Jest tego naprawdę dużo. Przede wszystkim największą jest 35-lecie NZS-u. To bardzo duże wydarzenie. Kolejną, którą niedługo będę uruchamiał, to taka duża inicjatywa, która podniesie rolę studentów w samej Warszawie i umiejscowi ich w strukturach miejskich. W ramach tego mam marzenie, żeby powstało centrum kultury akademickiej, gdzie studenci z różnych uczelni, z różnych kampusów będą mogli się spotkać, gdzie będzie można rozwijać kulturę studencką. Pracujemy nad szczegółami tego projektu. Mamy takie hasło „Polska dla młodych” i myślimy, jakie inicjatywy można przepchnąć, aby to hasło realizować. No i, oczywiście, robimy też wyjazd adaptacyjny, na który serdecznie zapraszam „pierwszaków” – chcemy, żeby w rok akademicki weszli z pełną odwagą.

A Wasz największy sukces?

Ciężko powiedzieć… Jako pierwsze skojarzenie, jeśli chodzi o lata mojej działalności, bo wiadomo, że największym sukcesem NZS-u jest obalenie komuny, przychodzą mi na myśl żłobki i bezpłatna pomoc prawna dla studentów. Ale tak naprawdę największą satysfakcję dają mi ludzie, którzy się zmienili w tej organizacji. Takie rzeczy się zdarzają, przykładem może być moja koleżanka, która opowiedziała mi, że przyjechała do siebie do domu i ludzie mówili jej, że jej zupełnie nie poznają, dlaczego? Odpowiadała, że to NZS ją tak zmienił, otworzył ją na ludzi i sprawił, że stała się liderem. I właśnie Ci ludzie są największym sukcesem tej organizacji. Dzięki temu, że mają jakąś przestrzeń do działania i uczenia się na swoich błędach stają się liderami i potem wchodzą z tym w życie.

Jak pogodzić NZS ze studiami, życiem prywatnym?

To bardzo trudne pytanie, ale NZS też tego uczy. Uczy łączenia ze sobą pewnych obowiązków, uczy tego, żeby wiedzieć, że jak o 18 mam spotkanie, to muszę tam być, potem muszę coś jeszcze zrobić, nie mogę iść na piwo, bo muszę pewne rzeczy dopiąć. Na pewno uczy to organizacji czasu. Nie jest to łatwe, ale ta umiejętność bardzo się przydaje w życiu. Kolega mi opowiadał taką anegdotę, jak jeden z psychologów zaczął wkładać do akwarium kamyki, mówiąc: ten kamyk, oznacza spotkanie, ten kamyk oznacza jakąś sprawę i tak każdy kamyk po kolei, aż akwarium wypełniło się po brzegi. Po tym wziął piwo, otworzył, wlał do tego akwarium i powiedział: „ale, jak widzicie, zawsze znajdzie się czas na piwo z kolegami”. (śmiech) Więc na wszystko da się znaleźć czas.

A co dalej, co po studiach? Co NZS wniesie do dorosłego życia?

Moim zdaniem da bardzo wiele. Ludzie, którzy są starsi mówili, że tak naprawdę to, co robili w NZS-ie to dokładnie to samo, co robią dzisiaj, czyli zarządzanie projektami, zarządzanie ludźmi. Dla mnie zadziwiające jest to, że w niektórych firmach są robione szkolenia z rzeczy, które u nas, gdyby ktoś tego nie wiedział, to ja bym go uznał za osobę niekompetentną, nie ogarniającą podstaw. W poważnych firmach z takich tematów robi się szkolenia, a ludzie, którzy są w NZS- ie pójdą do takiej firmy i będą już to wiedzieć – jak prowadzić spotkanie, jak prowadzić fanpage na Facebooku, takie rzeczy.

NZS jest studenckim odpowiednikiem Solidarności. W czasach komunistycznych oczywiste było, jaka była Wasza rola, a teraz?

To jest właśnie przedmiotem wielu dyskusji wewnętrznych – jaka jest rola  Niezależnego Zrzeszenia Studentów po upadku komuny. Moim zdaniem to jest próba odpowiedzi na pytanie, na które odpowiedź nasuwa się sama: NZS powstał w roku 1980, trwał w czasach komunizmu lat dziesięć (z przerwami), a od 1989 roku do 2015 minęło już lat 26 i NZS istnieje nadal. Z jednej strony robi to, co powinien robić, czyli takie inicjatywy jak Wampiriada, inicjatywy kulturalne, NZS powinien kształtować kulturę akademicką. Niestety, musimy też wypełniać taką lukę, która powstała, ponieważ nikt tak naprawdę poważnie nie upomina się o sprawy studentów, nie ma organizacji, które byłyby w pełni reprezentatywne dla ministerstwa. My chcemy mówić ministerstwu, co powinni robić, aby poprawić sytuację studentów. I tak widzimy swoją rolę dzisiaj – inicjować, lobbować dalej te inicjatywy.

NZS to też przestrzeń do popełniania błędów. Ja w swojej karierze popełniłem mnóstwo błędów, ale też nauczyłem się wiele na tych błędach.

Opowiedz mi o Waszych relacjach z NZS-ami innych uczelni.

Układają się bardzo dobrze. Jesteśmy największym NZS-em, ale wspieramy się nawzajem z innymi, jesteśmy dla siebie wzajemnie źródłem know-how, oni wspierają nasze inicjatywy. NZS jest tak sformułowany, że z jednej strony jest bardzo duża autonomia pojedynczych organizacji, ale z drugiej strony jest silne poczucie, że jesteśmy jednością i w takich inicjatywach jak Wampiriada potrafimy wystąpić jako jedno i walczyć razem o głosy studentów tak, aby zdobyć pieniążki na projekt, który realizujemy wspólnie, a który uratował już niejedno życie.

10415681_840253589378876_2293452574361809918_n

Tomasz Leś z pierwszym przewodniczącym NZS, Jarosławem Guzym (fot.: Facebook)

A jak to jest z kontaktami z osobami, które już nie studiują, a były kiedyś w NZS-ie?

Jedną z magii NZS-u jest to, żeby było tam bardzo dużo osób, które teraz są na wysokich stanowiskach w Polsce. Utrzymujemy kontakt, spotykamy się, organizujemy spotkania, ale mamy też kontakt prywatny. Wspierają nas merytorycznie, powstała kultura częstych spotkań. To jest właśnie magia tej organizacji, że podchodzi do Ciebie prezez Najwyższej Izby Kontroli i mówi: „Krzysiek jestem”. Pamiętam, że byłem strasznie tą sytuacją zaskoczony i uparcie ciągle mówiłem „panie prezesie”, a w końcu on powiedział: „Nie wygłupiaj się, przecież jesteśmy z NZS-u”. To jest urocze, że wszyscy tam jesteśmy na „ty”. Są już nawet małżeństwa NZS-owskie. I jest ich bardzo wiele

Jakie są NZS-iaki prywatnie?

Dobrze się czujemy w swoim towarzystwie. Niestety, wielu młodych ludzi nie ma jeszcze takiego ciągu do ambicji, ja im opowiadam, że mam spotkanie, organizuję to, jadę załatwić to i to, a wielu pyta: „ile Ci za to płacą?”. Nic mi nie płacą. To jest fajne, warto to robić, to się też po prostu opłaca.

Nie ma dnia, w którym nie ma NZS-u, , to są relacje, które trwają, chociażby utrzymuję kontakt z ludźmi, których poznałem w NZS-ie, a których nie ma już w organizacji. Bardzo ciekawe jest to, że nie czuje się różnicy wieku. Jestem prawdopodobnie najmłodszym przewodniczącym w historii i jest wiele osób starszych ode mnie, nawet w zarządzie.

Polecam NZS każdemu, kto jest jednostką ambitną, bo w trybie natychmiastowym się tu odnajdzie. A jeśli się nie jest ambitnym, to się stanie, bo wszyscy tu ciągną do góry. To, co mnie najbardziej fascynuje, to nie momenty, gdy nagle robimy wielką debatę, gdzie mamy pełną salę. To są momenty, kiedy wchodzę do biura o 21 i jest pełno ludzi, którzy myślą nad nowymi projektami, podczas gdy większość „normalnych” ludzi w tym momencie po prostu imprezuje. U nas, owszem, potem idziemy się integrować, ale ludzie autentycznie myślą o tym, jak coś osiągnąć, jak zrobić jakiś fajny projekt.

Dwadzieścia cztery na dobę?

Śmieję się, że pracuję na etat, bo telefon o 23 czy o 1 w nocy to nic szczególnego. Na początku jeszcze wysyłałem grzeczne sms-y o treści: „śpisz?”, potem już dzwoniłem bez pytania, bo to pytanie wydawało mi się głupie. Ale też nie jest to tak, że jak ktoś już tu wejdzie to będzie od rana do wieczora coś robił. Można wejść w to łagodnie. Ja gwarantuję, że to wciągnie (śmiech).

Nie odbija się to na relacjach rodzinnych, osobistych?

Może się odbić, każdy musi jakoś godzić ze sobą te sprawy. Ja staram się z jednej strony wymagać od ludzi, z którymi współpracuję, to wszystko w każdej chwili tak naprawdę może się posypać i czuje się za NZS odpowiedzialność, z drugiej strony staram się też, żeby mieli chwilę oddechu, trochę przestrzeni, bo to się potem przydaje. To jest też tak, że tym ludziom po prostu się chce. Jak słyszę, gdy ktoś mówi, że młodzieży dzisiaj się nie chce, to mam ochotę wziąć tą osobę i pokazać, jak ludzie w piątek o 21 potrafią pracować. Nikt nie narzeka, nie marudzi, każdy czuje, jest częścią czegoś ważnego. Ludzi ciągnie do sukcesu.

Dlaczego warto?

Bo można się rozwijać. Można robić coś naprawdę ważnego. NZS to maszynka do pokazywania, że niemożliwe jest możliwe. Ostatnio, jak dostałem informację, że przeszła nasza pomoc prawna dla młodych, usiadłem i pomyślałem: o cholera. Nie rozumiałem, jak to możliwe, że przeforsowaliśmy tak naprawdę ustawę przez Sejm. Mam 21 lat, są ludzie jeszcze młodsi ode mnie. I osiągnęliśmy to, analogicznie ze żłobkami na uczelniach.  Zaczęło się od pomysłu i nagle, po 3 miesiącach okazuje się, że to jest program rządowy. Więc wszystko jest możliwe. Kto myśli, ze się nie da, nie można, jest zwyczajnym malkontentem. Niech spróbuje, bo w tym kraju naprawdę można wiele rzeczy osiągnąć, tylko trzeba chcieć.

10949763_849882311749337_1749537746727706935_n

Selfie z byłym ambasadorem USA w Polsce, Stephenem Mullem (fot.: Facebook)

Co w takim razie, z perspektywy studenta zaangażowanego, myślisz o edukacji wyższej w Polsce?

To, co jest ważne dzisiaj, to walczyć o to, żeby młodzi ludzie mogli wchodzić na rynek pracy przez porządne staże i praktyki. O to też walczymy w projekcie, który teraz rusza, projekcie „Wyzysk do kosza” – aby studenci mieli możliwość podejmowania staży i mieli możliwość rozwoju. Był problem z bezrobociem wśród młodych, teraz jest problem – jaka praca dla młodych? Bez sensu jest zarabiać 500 zł na „śmieciówce” – zawala się studia, bo się pracuje, a nie można studiować zaocznie, bo nie wystarczy, by się utrzymać, itd. Może to nie jest do końca rola uniwersytetów, żeby zapewniać to wszystko dookoła, ale powinniśmy dążyć do tego, aby studenci mogli godzić studia i pracę, również studia płatne, zaoczne.


11043257_845348385536063_6559407090314475328_n

 

 

 

Tomasz Leś jest przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów UW, studentem Studium Europy Wschodniej UW

 

 

 

 

 


 

10559922_753039771414401_3388229055204304110_n

 

 

 

Kinga Kosiba jest redaktorem portalu News Serwis oraz Juventum, studentką Studium Europy Wschodniej UW

 

 

 

 

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze