News-Serwis

Wywiady

Wprawić machinę w ruch. Rozmowa z Pawłem Urbańskim

Wprawić machinę w ruch. Rozmowa z Pawłem Urbańskim
29 stycznia 2016
10:33

Paweł Urbański to jedna z tych osób, których nie spotyka się codziennie. Notka na Wikipedii przekonuje, że jest głównie podróżnikiem – mimo braku wzroku, zdobył między innymi Kilimandżaro i Mont Blanc, brał udział w wyprawie na najwyższy szczyt obu Ameryk – Aconcaguę, na nartach pokonał 50-kilometrową trasę na Spitsbergenie. W tym momencie jednak Paweł w dużo większym stopniu niż podróżnikiem, jest przedsiębiorcą i coachem. Ukończył studia doktoranckie w zakresie informatyki w Polskiej Akademii Nauk. Wreszcie – to po prostu zajmujący się wieloma rzeczami, ciekawy człowiek, z którym jest o czym porozmawiać.

RP: Wyczytałem, że w Polsce żyje 60 tys. osób niewidomych. Z pewnością niewielu z nich robiło równie brawurowe rzeczy, co ty, i niewielu żyje równie dynamicznie. Czy jednak większość z tych 60 tys. prowadzi samodzielne, satysfakcjonujące życie?

PU: Jest wiele osób niewidomych, które prowadzą ciekawe życie i wiele takich, które go nie prowadzą. Zupełnie tak samo, jak jest wiele kobiet, mężczyzn, brunetów, Chińczyków i wszystkich innych ludzi, którzy takie życie prowadzą lub nie prowadzą. Ta szczególna sytuacja związana z utratą wzroku w oczywisty sposób wpływa na możliwości, na stopień dostępności pewnych rzeczy. Wzrok jest kluczowy w niektórych zawodach, sportach i innych zajęciach. Nie w każdej dziedzinie uda się znaleźć alternatywny sposób uczestnictwa dostępny przy pomocy technologii, oprogramowania czy innym, nawet najbardziej zwyczajnym sposobom, który pozwoli w znacznym stopniu samodzielnie robić tę rzecz niewidomemu. Oczywiście ja też potrzebuję, żeby czasami ktoś przejrzał mi jakiś dokument, zdjęcia… ale z drugiej strony tak samo mają czasami osoby widzące. Pewnie tobie też przydaje się czasami druga para oczu, na przykład do sczytania tekstu. Osoba, która będzie mogła dopytać, zauważyć coś, czego ty nie zauważyłeś.

RP: Rozumiem, co chcesz przekazać. Pytanie wzięło się stąd, że brak wzroku jest czymś, o czym na co dzień nie myślą osoby, które wzrok posiadają i nie mają bezpośredniej styczności z osobami niewidomymi.

PU: To prawda. Albo mają styczność w sposób przelotny i przypadkowy, na przykład na ulicy. Musiałem dziś pojechać do Warszawy. Jechałem kolejką i trafiła mi się współtowarzyszka podróży, która podpytała mnie czy jadę do Warszawy, czy nie potrzebuję pomocy i tym podobne. Wyszła z tego taka rozmowa towarzyska jakie często odbywają się w przedziałach pociągów i podobnych miejscach. Ona oczywiście nie wiedziała, że mnie przemieszczanie się właściwie nie sprawia problemu, bo po prostu jestem do tego przyzwyczajony. A dla mnie to była okazja, żeby kolejnej osobie wyjaśnić trochę mitów, zweryfikować niekoniecznie trafne wyobrażenia. Wiele osób zastanawia się – na przykład – czy osobie niewidomej przeszkadza, że tramwaj, który właśnie podjechał nie jest niskopodłogowy. Otóż dla mnie to nie jest takie ważne, ważniejszy jest raczej numer tramwaju, to dokąd on jedzie i czy przypadkiem za tym tramwajem nie podjechał akurat mój.

fot. Wojciech Ostrowski

fot. Wojciech Ostrowski

RP: Jeśli dobrze cię rozumiem to chcesz powiedzieć w skrócie tyle, że czasami jest trochę trudniej, ale bez wzroku da się żyć.

PU: Kluczowym momentem jest chwila utraty wzroku i okres bezpośrednio po niej. Albo w przypadku osób, które nie widzą od urodzenia – pierwsze lata życia. Zaakceptowanie sytuacji, nauczenie się funkcjonowania w tej nowej rzeczywistości, dostrojenie do życia w inny sposób. Trzeba się nauczyć nie tylko poprosić o pomoc, ale też tę pomoc zaakceptować. Istnieją oczywiście sytuacje, w których nie mogę poradzić sobie samemu, ale też nikomu nie sprawia przecież problemu to, żeby mi w nich pomóc – przeczytać numer na budynku albo czasami przejść 100 metrów, mimo że jest nie po drodze.

RP: Sam podałeś przykład komunikacji miejskiej. Jakie specjalne elementy infrastruktury są potrzebne osobom niewidomym? Mam na myśli rozwiązania takie, jak choćby zapowiadanie głosowe na warszawskich przystankach tramwajowych. Wiem, że masz porównanie z innymi krajami – jak jest z Polską pod tym względem?

PU: Jest dobrze. Jeżdżę w różne miejsca za granicą i muszę powiedzieć, że nie ma tu żadnej różnicy. A w ogóle współcześnie dla osoby niewidomej i tak najważniejsza jest możliwość sprawdzenia sobie wszystkiego za pomocą komputera – drogi, nazwy przystanku, innych informacji. No i zadawanie pytań.

RP: Właśnie – technologia. Wiem, że między innymi nią zajmujesz się zawodowo. I oczywiście sam z niej korzystasz. W jaki sposób technologia pomaga niewidomym?

PU: Mówiąc najkrócej: technologia pozwala mi dotrzeć do dokładnie tych samych informacji, co osobom widzącym.

RP: Jak to wygląda pod względem technicznym – masz specjalny komputer, czy to się dzieje na poziomie oprogramowania?

PU: Mam zainstalowane takie oprogramowanie, które mógłbym porównać do programu antywirusowego. Aplikacja działa w tle i śledzi to, co się dzieje w komputerze. Włączam komputer, system sobie startuje, a aplikacja czyta to, co pojawia się na ekranie. Syntetyczny głos oczywiście coraz bardziej zbliża się brzmieniem do ludzkiego. Mówi mi on na przykład, że jestem na ekranie logowania, że kursor jest ustawiony w polu, w którym mam wpisać hasło. Wszelkie moje akcje wykonywane z klawiatury – bo myszy się nie używa – są przechwytywane przez czytnik ekranu i odczytywane. Dodatkowo te informacje mogą być też wyświetlane w Braille’u, na urządzeniu, które nazywa się linijką braille’owską albo monitorem braille’owskim. Problem pojawia się tylko czasami, jeśli chce się skorzystać z jakiegoś bardziej egzotycznego oprogramowania, które nie zostało przygotowane z dbałością o to, żeby informacje mogły zostać przeczytane przez ten syntezator.

RP: Słyszałem, że już w tym roku wszystkie strony instytucji publicznych w Polsce powinny być dostosowane do potrzeb osób niewidzących. A może już tak jest? Co o tym myślisz?

PU: Myślę, że nienajlepszym pomysłem jest podchodzenie do takich spraw jak do krucjaty. Jednak z drugiej strony wyraźny impuls często bywa jedynym motywatorem, żeby się nad tego typu sprawami pochylić.

RP: Bez wprowadzenia odpowiednich przepisów nie każdy zwróciłby na to uwagę.

PU: Tylko że jeśli zadać sobie racjonalne pytanie jak częste są rzeczywiste kontakty osób niewidzących z takimi stronami – mogłoby wyjść, że to nie jest niezbędna inwestycja. Nie jest konieczne dążenie do perfekcji. Ważne, żeby takie strony były czytelne i żeby łatwo dostępne były na nich najważniejsze informacje. Myślę, że dużo ważniejsze jest, żeby najpowszechniejsze narzędzia były przygotowywane z dbałością o podstawową dostępność. Mam na myśli e-mail i tym podobne. I to się raczej dzieje. Twórcy najpopularniejszych aplikacji zwracają na to uwagę. Pracuję między innymi jako konsultant przy implementacji tego typu rozwiązań i z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że dostosowanie aplikacji do potrzeb osób niewidzących często czyni ją bardziej przejrzystą dla wszystkich, także tych, które widzą.

fot. Wojciech Ostrowski

fot. Wojciech Ostrowski

RP: Mówiłeś, że osoby niewidzące korzystają z różnego rodzaju osprzętowania, które ułatwia im korzystanie z komputera. Rozumiem, że są to dość łatwo dostępne rzeczy?

PU: Tak, są dostępne. Barierą może być ewentualnie cena, bo nie są to rzeczy powszechnie używane, a poza tym sprzęt w ogóle jest drogi. Trzeba jednak pamiętać, że w grę wchodzą różnego rodzaju dofinansowania, refundacje. Jeśli ktoś nie boi się wypełnienia kilku formularzy i pozbierania zaświadczeń to takie dofinansowanie dostanie i sprzęt będzie miał.

RP: A jak jest z urządzeniami mobilnymi?

PU: Analogicznie – wszystko zależy od osprzętowania i oprogramowania.

RP: Skończmy zatem z technologią. Wiem, że chodziłeś do szkoły w Laskach, która jest przystosowana do potrzeb osób niewidomych…

PU: Tak, to była dla mnie po pierwsze szkoła, a po drugie okres ostatecznego wyrobienia sobie warsztatu pracy. Akurat ja w dzieciństwie widziałem. Później straciłem wzrok i kilku rzeczy musiałem się w związku z tym nauczyć. Choćby Braille’a. To było ciekawe, bo oczywiście uczyłem się go tak, jak człowiek uczy się języka obcego – na czytankach typu „Ala ma kota”. Właściwie tych podstawowych rzeczy nauczyłem się nie podczas nauki w szkole, ale podczas wakacyjnego kursu przygotowawczego. Oczywiście po samym tym kursie moje umiejętności jeszcze trochę kulały, ale nie ma zmiłuj się – w szkole trzeba czytać i pisać. Z czasem opanowywałem to coraz lepiej.

RP: Dwa lata wystarczyły?

PU: Pewnie. Sprawa jest prosta – albo się ogarniesz, nauczysz, czego trzeba i masz łatwiej, albo się nie nauczysz i masz trudniej. Nie stało się to z dnia na dzień, ale byłem zmotywowany.

RP: Pytanie z nieco innej beczki. Wiem, że otwierałeś konferencję TEDx, która odbywała się w zeszłym roku w Pałacu Prezydenckim. TED to niby powszechnie lubiana rzecz, ale osobiście chyba nie znam nikogo, kto korzysta z niego na co dzień – włącza sobie wystąpienia innych ludzi i słucha (TED to seria konferencji transmitowanych on-line, organizowanych pod hasłem „pomysły warte rozpowszechnienia” uważana przez wiele osób na całym świecie za wyjątkowo inspirującą inicjatywę – przyp. RP). Robisz tak? Jesteś fanem TED-a?

PU: Zdarza się, że coś sobie odsłucham. Rzeczywiście – czasami nawet celowo szukam konkretnej treści. TED ma tę zaletę, że występują tam osoby, którym rzeczywiście zależy, żeby o czymś powiedzieć. Trzeba tam dotrzeć, przygotować kilkunastominutową wypowiedź. Trochę się to różni od słynnych 140 znaków na Twitterze…

fot. Wojciech Ostrowski

fot. Wojciech Ostrowski

RP: Przy okazji – jesteś również coachem, prawda?

PU: Coaching zainteresował mnie tak samo, jak na początku interesuje mnie wiele nowych rzeczy. I rzeczywiście – nadal się tym zajmuję. Wydawałem się chyba odpowiednią osobą. Na przykład moja historia z górami jest czymś, co może motywować innych do działania. Tyle tylko, że choć na początku faktycznie robiłem typowe wykłady motywacyjne, po jakimś czasie zaczęło mnie ciągnąc raczej do pracy jeden na jeden albo w mniejszych grupach.

RP: Z kim pracujesz jako trener osobisty?

PU: Z osobami, które pracują nad czymś zawodowo i chcą poprawić swoje wyniki.

RP: Czyli jednak motywacja?

PU: To zależy co rozumiesz przez słowo „motywacja”. Nie chodzi o motywację rozumianą jako opowiadanie, że wszystko jest możliwe. Raczej o odpowiedź na pytanie: „dlaczego w ogóle się tym zajmuję i co mi to daje?” oraz wypracowanie konkretnych narzędzi działania. Często chodzi o pomoc w uporządkowaniu pewnych spraw, zmianę sposobu pracy. Dla mnie ważne jest nie tyle zapalenie motywacji, ale wykorzystanie początkowego zapału i odpowiednie jego ukierunkowanie. Tak to ujmę: wprawienie machiny w ruch i sprawienie, żeby nie zatrzymała się z byle powodu.

RP: A temat jest ci obojętny?

PU: Niekoniecznie. Jeśli chodzi o firmy to specjalizuję się w organizacji pracy na styku osoba-komputer. Wzięło się to z tego, że po utracie wzroku z czasem sam przerzuciłem się na pracę tylko z komputerem. Papier dla mnie właściwie nie istnieje. Mam z nim kontakt najwyżej wtedy, kiedy ktoś mi podsuwa jakąś umowę do podpisania. Dlatego potrafię pomóc w wykorzystywaniu narzędzia jakim jest komputer osobom, które nie czują się z nim komfortowo. Pracuję również z ludźmi, którzy potrzebują pomocy jeśli chodzi o wypalenie zawodowe i stopień zaangażowania w pracę.

fot. Anna Kosińska

fot. Anna Kosińska

RP: Na koniec jeszcze ostatnia kwestia. O góry – jak cię uprzedzałem – nie będę pytał, bo inni już cię o to pytali. O golfa jednak muszę! Powiedz, jak to się stało, że zainteresowałeś się tym sportem i jak ci idzie?

PU: Góry były fajne, ale jeśli ktoś chce być podróżnikiem to sprawa wymaga pełnoetatowego poświęcenia. Ja zajmuję się również innymi rzeczami, więc w pewnym momencie stało się jasne, że wyprawy były dla mnie raczej świetną przygodą niż sposobem na życie. Dzięki nim przekonałem się jednak, że koniecznie muszę mieć jakiś kontakt ze sportem. Potrzebuję tego, lubię zmagania. Do golfa zachęcił mnie znajomy. Zadzwonił do mnie i powiedział, że ma trenera, który trenował z kilkoma osobami niewidomymi. Stwierdził, że skoro próbowałem już różnych rzeczy to może spróbowałbym również tego. Mnie oczywiście nie trzeba było długo namawiać. Po godzinie treningu nauczyłem się trafiać w piłeczki. Później pojechałem na kolejny trening… a że był akurat okres wakacyjny to zaczęło mnie korcić, żeby spróbować jeszcze raz, i jeszcze raz. I wciągnąłem się w to, a wiedz, że golf naprawdę wciąga. Zobaczyłem, że faktycznie się da, trochę poczytałem o innych osobach niewidomych, które grają w golfa, bo okazało się, że to się zdarza wcale nie tak rzadko. Teraz golf jest moim sposobem na kontakt ze sportem – sposobem na rekreację, ale i na wyzwolenie sportowych emocji. Poza tym to bardzo towarzyska dyscyplina. Traktuję ją oczywiście amatorsko, ale bardzo lubię.

Rozmawiał: Radek Pulkowski

fot. Wojciech Ostrowski

Zapraszamy do odwiedzenia strony Pawła Urbańskiego: www.pawelurbanski.com

Powiązane artykuły

Komentarze