News-Serwis

Kultura i Styl życia

Wina Ikara – rzecz o królu wyobraźni Władysławie Hasiorze

Wina Ikara – rzecz o królu wyobraźni Władysławie Hasiorze
29 stycznia 2016
11:00

Porównywany był do Warhola i Rauschenberga. W dobie największej popularności sam siebie nazywał rodzimą Brigitte Bardot. Przez niektórych uważany za prekursora nadwiślańskiego pop-artu i asamblażu. Przez jednych nienawidzony, przez innych podziwiany. „Pieszczoch władz” czy Ikar, chcący latać po socjalistycznym niebie? Jego pragnieniem było, jak sam mówił: „powiesić na drzwiach (…) pracowni tabliczkę, jaką wieszają w Polsce mistrzowie rzemieślniczej profesji: Tu świadczy się usługi dla ludności!”. Władysław Hasior, artysta totalny.

– Na kontakcie z publicznością najbardziej mu zależało – zwraca uwagę Julita Dembowska, kuratorka Galerii Władysława Hasiora w Zakopanem. Z tego powodu, chętnie brał udział w konkursach na pomniki, choć w jego przypadku określeniem bardziej właściwym byłoby – instalacje społeczne. Te przyniosły mu tyle samo sławy, co kłopotów. W 1965 roku zaprojektował „Żelazne Organy” na przełęczy Snozka niedaleko Czorsztyna. W założeniu artysty miał to być pierwszy w Europie, a może i na świecie grający monument. Realizacji instalacji towarzyszyły ciągłe kłopoty. Miejscowym przeszkadzało, że dźwięki wydobywające się z instrumentu na wietrze będą płoszyć pasące się bydło w okolicy. Jednak pomnik nie był tylko nowatorskim pomysłem, ale także manifestem romansu z władzą – miał upamiętniać, jak głosiła inskrypcja: „Wiernych synów ojczyzny poległych w walce o utrwalenie władzy ludowej na Podhalu”.

fot. Muzeum Tatrzańskie im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

fot. Muzeum Tatrzańskie im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

Pomimo krytyki pomnik odsłonięto w roku 1966. Okazało się, że gra, ale słabo. Chcąc zaoszczędzić kupiono piszczałki złej jakości. Zostały one więc zdemontowane. Z czasem zardzewiała cała konstrukcja, która przez lata ulegała degradacji. Po 1989 roku chciano zniszczyć pomnik nie tylko z powodów ideologicznych, ale także – jak podkreślano – estetycznych. Organy miały być pierwszym zlikwidowanym symbolem komunizmu – nazywanym pomnikiem hańby. Ostatecznie dzieło Hasiora obroniło się i przetrwało.

Życiorys artysty wciąż wzbudza emocje. W czasie niedawnego spotkania w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, poświęconemu „Notatnikom fotograficznym” Hasiora, Ewa Tatar, niezależna kuratorka, stwierdziła, że autor Organów był beneficjentem minionej władzy. Hanna Kirchner zauważyła z kolei, że jak na „pupila komunistycznej władzy” Hasior zrealizował stosunkowo mało projektów publicznych, bo tylko pięć. A uwikłanym w podobny sposób co artysta, system zależności od mecenatu państwowego, był każdy człowiek sztuki w PRL. Zapomina się także, że twardogłowi aparatczycy z PZPR nie tylko nie rozumieli jego dzieł, ale także burzyli się na pomysły okolicznościowych rzeźb.

Bez wątpienia Hasior, mimo licznych błędów życiowych, był postacią kultową lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Od wystawy w warszawskiej Zachęcie jego popularność znacząco wzrosła. Udzielał wywiadów dla prasy krajowej i zagranicznej, pisano o nim artykuły, kręcono filmy. Wcześnie pojawiła się pierwsza monografia. Do jego niezwykłej pracowni, w której najlepiej się czuł, pielgrzymowały tłumy. Do dzisiaj miłośnicy Zakopanego z tamtych lat wspominają niesamowite wizyty u artysty. Goście mogli napić się herbaty, do której Hasior zawsze dolewał dwa rodzaje soków lub kroplę alkoholu. Siedziało się przy dźwiękach Bacha albo Mozarta, czasem Ewy Demarczyk.

Od lat sześćdziesiątych odwiedzającym pracownię Hasior oferował autorskie „Kino”. Nie puszczał jednak w nim filmowych arcydzieł, a pokazy slajdów. Zgromadził ponad dwadzieścia tysięcy zdjęć. Gdy brakowało audytorium narzekał, że wszyscy poszli na dyskotekę. Nazywał siebie „kaowcem” czyli pracownikiem kulturalno-oświatowym. Jednak kultura i oświata w jego wykonaniu były specyficzne, tak jak slajdy puszczane w jego kinie. Na przykład „Poezja przydrożna” to cykl zestawiający ze sobą hasła propagandowe z zachodnimi reklamami, wszystko to uchwycone przez hasiorowy aparat. Projekcjom towarzyszyła zawsze dyskusja. Sam zagadywał, prowokował do rozmowy. „Kto ma ochotę się ze mną posprzeczać?” Niektórzy sami chcieli, innych przymuszał. Raz zaczepił pewną dziewczynę: „Czy podoba się pani moja sztuka?” Gdy odpowiedziała, że tak, odparł: „powinna pani dać się zbadać”.

W 1975 roku w Szczecinie, na Podzamczu, stanęły „Ogniste Ptaki” Hasiora – potężna instalacja składająca się blaszanych ptaków pędzących na wielkich kołach. Nie miała jednak szczęścia ani do lokalizacji, ani do przychylnych widzów. Ciągle ją przestawiano, a kiedy nie przestawiano, to wpadała w oko wandalom, a później też zbieraczom złomu. Kiedy 30 lat później zastanawiano się, gdzie ją ostatecznie postawić, na jednym z internetowych forów wrzało: „Ohydny szmelc. Tylko półgłówek może udawać znawcę sztuki i widzieć w tym ‚dzieło’. Na złom!”, „Całe Jasne Błonia już są tak obfajdane przez psy, że nie dokładajcie jeszcze tego łajna!!!” Krytycy jednak cenili artystę. W ich ankiecie z 1975 roku wyłaniającej najwybitniejszych powojennych twórców polskich znalazł się, razem z Tadeuszem Brzozowskim, na pierwszym miejscu. Trzeba dodać, że obaj mieszkali i pracowali w Zakopanem, z dala od oficjalnych centrów sztuki.

Trudno oceniać sztukę Hasiora w kategoriach podobania się czy niepodobania. „Działalność artystyczną uważam za prowokację: intelektualną, twórczą” – mówił, i rzeczywiście prowokuje on fantazję, czasami wzbudza niepokój, innym razem śmiech, zdziwienie. Oskarżano go o efekciarstwo, ludyczność a nawet bluźnierstwo religijne czy niepotrzebne okrucieństwo, tak jak w najbardziej poruszającej pracy „Wyszywanie charakteru”, gdzie maszyna do szycia przeszywa dziecięcą lalkę.

fot. Muzeum Tatrzańskie im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

fot. Muzeum Tatrzańskie im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

Hasior uczynił jako materię swojej sztuki odrzucone elementy cywilizacji i stworzył z nich najdoskonalszy wytwór owej cywilizacji – sztukę. W czasach Polski Ludowej, kiedy każdy towar był na wagę złota, on zdecydował się czerpać ze śmietników i tam odnajdywać tworzywo swoich prac. Wykorzystywał kawałki drutów, potłuczone szkło, skrawki materiałów czy futer, popsute maszyny i urządzenia codziennego użytku, a nawet elementy spożywcze. Sam stwierdzał: „Używam materiałów, które znaczą, podszeptują. Każdy przedmiot ma swój sens, a złożone dają aforyzm.” Nadając nowe znaczenia przedmiotom metaforycznie opowiadał historię o ludzkim losie. Przywracał znaczenie odpadkom, nadając im nową formę, zmieniając je w znaki.

W dawnej leżakowni sanatorium Warszawianka w Zakopanem, gdzie od 1984 mieści się galeria artysty, każdy może samodzielnie zmierzyć się z Hasiorem. Przekraczając jej próg znajdujemy się w tajemniczej krainie wyobrażeń i miraży, w której króluje bez wątpienia artysta. W ostatnim przed śmiercią wywiadzie powiedział: „Kontrastem dla wody jest ogień, ziemia i powietrze. Taką klasyfikację ustalono straszliwie dawno – wtedy, kiedy ludzie nie umieli się doliczyć wszystkich żywiołów, bo – o dziwo – jest ich o jeden więcej. Piątym żywiołem jest ludzka zdolność fantazjowania”. Bez wątpienia Hasior do perfekcji opanował ten piąty żywioł.

fot. Muzeum Tatrzańskie im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

fot. Muzeum Tatrzańskie im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

Dzisiaj, zmarły w 1999 roku Hasior wyłania się z odmętów niepamięci. Strąca się kurz z jego dzieł i chętnie prezentuje na salach wystawienniczych całego kraju. Na rynku sztuki jego prace osiągają wysokie ceny. Dzięki coraz większej znajomości jego twórczości oraz świadomości kolekcjonerów, ceny oscylują między 12 000 a 14 000 zł za małe obiekty oraz po 50 000 – 70 000 zł za sztandary i duże prace. Hasior staje się modny. Artysta odżegnujący się od tworzenia nowoczesności jest na wskroś współczesny.

Jego biografia jest pociągająca dla młodych. Nie brakuje w niej pięknych kobiet, alkoholu, romantycznych, dalekich podróży na czerwonej Javie 250, polityki. Choć prace Hasiora powstały w innej epoce i w innej Polsce, wciąż mają to, co nam się po prostu podoba. Są tam ludowe cuda, propagandowe hasła, krzykliwe reklamy, zdjęcia vintage z Zakopanego, jest kicz, a wszystko okraszone ironią, którą przecież lubi człowiek współczesny. Niepokojąca i dziwna sztuka fascynuje nie tylko kuratorów ale także laików. Władysław Hasior powrócił, po okresie czyśćca, w jakim się znalazł po roku 1989. Pragnienia realizacji swoich marzeń przypłacił zapomnieniem – chyba największą karą dla artysty.

Mieszkańcy Warszawy już 19 stycznia będą mogli przeżyć kolejne spotkanie z artystą za sprawą „Filmowych portretów artystów”, wydarzenia towarzyszącego wystawie „Zbigniew Libera: to nie moja wina, że otarła się o mnie ta rzeźba” w Królikarni. Każdy w zaciszu domowym z własnego fotela może odpalić „hasiorowe Kino” dzięki połączonym wysiłkom Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Pragnący więcej, muszą koniecznie udać się do Galerii Hasiora w Zakopanem, która pozostaje filią Muzeum Tatrzańskiego.

Rafał Ulatowski

fot. Dzięki uprzejmości Muzeum Tatrzańskie im. dr. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

Powiązane artykuły

Komentarze