News-Serwis

Wywiady

Wciąż się ścigam, nie tylko sportowo – przekonuje najlepszy chodziarz w historii Robert Korzeniowski

Wciąż się ścigam, nie tylko sportowo – przekonuje najlepszy chodziarz w historii Robert Korzeniowski
29 stycznia 2016
10:40

Ma na koncie cztery olimpijskie złota – pod tym względem jest najlepszym polskim lekkoatletą w historii. Po zakończeniu kariery sportowej wciąż się ściga – amatorsko w imprezach biegowych i zawodowo… w biznesie. Z Robertem Korzeniowskim o marszu przez życie, dopingu w LA i sportowcach-politykach rozmawia Piotr Otrębski.

PO: Na pana stronie internetowej widnieje motto: „Czas jest moim sprzymierzeńcem, z każdą sekundą, krokiem, oddechem zbliżam się do upragnionego celu”. Do jakiego celu teraz pan zmierza?

RK: Te cele są wielorakie. Mam cele zawodowe, które określiłbym jako operacyjne – wtedy każdy dzień w pracy mam rozpisany, zaplanowany a realizacja przebiega w poczuciu świadomego zbliżania się krok po kroku do przyjętych założeń. Mam też cel życiowy – dobrej jakości życia. To taki cel wciąż wyznaczany na nowo, z każdym rokiem , kolejnym etapem życiowym. Dobra jakość życia polega na zgodzie wielu czynników – sprawności fizycznej i równowagi psychicznej , harmonii między życiem osobistym i zawodowym.

PO: Czym pan się teraz zajmuje?

RK: Jestem menadżerem projektu sportowego „Medycyna dla Sportu i Aktywnych” w jednej z grup medycznych, będącej głównym partnerem medycznym Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Zajmuję się budową i rozwojem projektu, który jest kierowany zarówno do sportowców wyczynowych, potrzebujących opieki medycznej i konsultacji profilaktycznej, jak i do aktywnych, których jest coraz więcej, bo ruch stał się modny.

PO: To już bardziej biznes niż sport, choć biznes w obrębie sportu. Co w takim razie łączy sport i biznes? Proszę wskazać na wspólne cechy.

RK: W zasadzie wszystko łączy te dziedziny. Nie da się ani jednego, ani drugiego zdehumanizować i sprowadzić do cyferek. To wszystko tworzą ludzie. Biznes i sport to są na ogół jakieś działania podejmowane w ramach większej wizji i jakiegoś ambitniejszego celu życiowego. Największe biznesy jakie się rodziły brały początek w tym, że ktoś stwierdził, że można inaczej. Podobnie jest z wynikami sportowymi, z rekordami, przesuwaniem granic ludzkich możliwości – ktoś nie uwierzył, że tu już jest kres i poszedł dalej, pokazał, że można. Taki jest sport.

PO: W sporcie pan się ścigał. W biznesie też się pan ściga? To o to chodzi?

RK: Oczywiście, że się ścigam. Przecież w biznesie jest ogromna konkurencja. Ci zawodnicy nie mają numerów startowych na piersiach, ale mają logo, mają rady nadzorcze, klientów. Ja taką drogę przeszedłem od czasu, kiedy skończyłem ze sportem wyczynowym. Pracowałem w TVP, pracowałem w UEFA – wszędzie tam miałem do czynienia ze sportem w tle. Sport był tylko wspólnym mianownikiem do działań biznesowych, które podlegają tym samym zasadom – rywalizacji, weryfikacji, oceny etapowej, konsekwencji w realizacji celu.

PO: A czas wciąż jest dla pana sprzymierzeńcem? Nie daje się we znaki?

RK: Z tym sprzymierzeńcem to jest tak – jeśli cel jest dobrze nakreślony, jeśli mamy mapę drogową, jeśli wiemy jakimi środkami dysponujemy i na co nas stać, to wtedy czas nas łączy z celem – to jest pomost a nie coś, co mnie dzieli od celu. Jeżeli panuję nad procesem, to jestem z czasem sprzymierzony.

PO: Domyślam się, że nie chodzi o eschatologię.

RK.A z tak daleko bym nie sięgał.

PO: Przez lata celem dla pana były najlepsze wyniki w chodzie sportowym. Jest pan multimedalistą – cztery olimpijskie złota. Żaden polski olimpijczyk nie może się z panem pod tym względem równać. Które złoto smakowało najlepiej?

RK: To jest trochę tak jak z pytaniem, które dziecko kocha się najbardziej. One się rodzą w różnym czasie, mają różne imiona, charaktery. Podobnie jest z medalami olimpijskimi – każdy ma swoją historię. Pierwszy był jakimś przełamaniem. Kolejne były rozwinięciami, dopełnieniami. Największą radością chyba było jednak zdobycie ostatniego medalu olimpijskiego i nie przegranie ostatnich zawodów. Nawet ten odzyskany złoty medal w Sydney…

PO: Ten odzyskany… Jest pan już na mecie, rozmawia pan bodaj z Dariuszem Szpakowskim, który gratuluje panu srebra… pan na chwilę milknie po czym wykrzykuje: „złoto, jest złoto! Meksykanin Bernardo Segura zdyskwalifikowany!” – tak to pamiętam. Była radość… ale w pewnym sensie pozbawiono pana tej radości chyba największej – zawodnika przekraczającego tryumfalnie linię mety jako zwycięzca.

RK: Tuz po finiszu, na którym ewidentnie faulujący technicznie Segura wyprzedził mnie o 3 m starałem pogodzić się z tym, że czasami człowiek może być pokrzywdzony, a jednak po paru minutach okazało się, że tym razem może być inaczej. Ten medal ma szczególną wagę, bo to rodzynek, nie mam innego złota na dwadzieścia kilometrów. Ja sobie nazywam ten medal medalem fair play, bo się nie dałem sprowokować, bo coś ważnego się wydarzyło… To nie był medal wykrzyczany na mecie, ale wypłakany zaraz po finiszu.

Oczywiście, że się ścigam. Przecież w biznesie jest ogromna konkurencja. Ci zawodnicy nie mają numerów startowych na piersiach, ale mają logo, mają rady nadzorcze, klientów. Ja taką drogę przeszedłem od czasu, kiedy skończyłem ze sportem wyczynowym.

PO: Tu zaważyła kwestia błędów technicznych rywala, który po prostu sobie podbiegał. Znacznie poważniejsze przypadki okradania z sukcesów związane są z dopingiem. W pana dyscyplinie też się w ten sposób wspomagano. Tomasz Lipiec, chodziarz, były minister sportu skazany za przyjęcie łapówki, był zawieszany także za stosowanie dopingu. Przegrywał pan z rywalami przyjmujących niedozwolone środki?

RK: To bardzo trudna sprawa z wiedzą albo ich brakiem.

PO: Są sportowcy, którzy wprost o tym mówią i wskazują na rywali, którzy się wspomagali.

RK: Oni mówią to często na podstawie tego, że przypuszczali a potem się potwierdziło. Ja nie startowałem z myślą w głowie, że ten ktoś, rywal bierze doping i ja mogę z nim przegrać. Wtedy niezależnie od tego czy on bierze czy nie, wytwarzałbym sobie w głowie rodzaj samospełniającej się wizji porażki. A przecież taka myśl nie mogła mnie pod żadnym pozorem zainfekować. W swoim życiu spotkałem wiele osób, które – jak się później okazywało – stosowały doping. Jedna z tych osób skończyła tragicznie, trzy lata po wycofaniu się ze sportu wyczynowego zmarła na serce. Inni mieli kłopoty psychiczne, alkoholowe, życiowe. Poza prostym określeniem, że to kradzież medalu, wyniku – teraz proszę mnie źle nie zrozumieć – ja tych ludzi nie usprawiedliwiam, ale to są często bohaterowie tragiczni. Dziś na szczęście zaczynamy pokazywać kulisy tego procederu czyli różnych manipulatorów, trenerów, działaczy, menadżerów – to oni kreują i zarządzają całym procederem. Sportowcy, choć oczywiście nie wszyscy, bez wykształcenia, bez szerszych horyzontów tracą trzeźwą ocenę sytuacji. Ja jestem daleki od jednoznacznego skreślania kogoś, dlatego że był oszustem. Oczywiście, wynik trzeba wykreślić a oszustwo napiętnować, ale nie skreślać człowieka. Czasami ci ludzie odgrywają później ważną rolę społeczną, bo działają na rzecz walki z dopingiem tak jak Marion Jones, która odbyła karę więzienia i jest teraz największą ambasadorką antydopingu. Jestem zatem daleki od uproszczeń, że okradano nas z medali. Owszem, traciliśmy swoje szanse, ale nie był to proceder związany z postawą tylko zawodników, którzy byli na scenie.

ja tych ludzi nie usprawiedliwiam, ale to są często bohaterowie tragiczni. Dziś na szczęście zaczynamy pokazywać kulisy tego procederu czyli różnych manipulatorów, trenerów, działaczy, menadżerów – to oni kreują i zarządzają całym procederem. Sportowcy, choć oczywiście nie wszyscy, bez wykształcenia, bez szerszych horyzontów tracą trzeźwą ocenę sytuacji. Ja jestem daleki od jednoznacznego skreślania kogoś, dlatego że był oszustem.


PO: Rozumiem, że to jest po prostu cały przemysł dopingowy.

RK: Dokładnie tak.

PO: Realnie na sprawę patrząc, kiedy chemicy, przygotowujący preparaty wspomagające są zawsze o krok przed kontrolerami, czy nie jest to walka z wiatrakami?

RK: Tak samo można przyjąć założenie, że walka z narkotykami, z piractwem drogowym… to zawsze jest walka, gdzie nie ma stuprocentowej wygranej, ale walczyć trzeba. Jeśli się szeroko otworzy drzwi to jutro dzieci dwunastoletnie będą umierać w siłowni. Dla nich jedyna postawa związana z sukcesem będzie oparta na przyjmowaniu dopingu. Będą trochę zachowywać się jak wielu ich rówieśników w Rosji, gdzie była jasna perspektywa – trenujesz, przyjmujesz środki. Zatem jakby to nie brzmiało idealistycznie, nawet jeśli nie będzie to pełna wygrana, to zawsze jakaś wygrana będzie.

PO: Pan musiał i pewnie musi zmagać się z astmą. Nie jest pan jedynym sportowcem, który żyje z tą chorobą. Najsłynniejszą mistrzynią jest chyba obecnie norweska narciarka Marit Bjoergen. Często zarzuca się jej, że pod pretekstem leczenia astmy po prostu się wspomaga. Jak pan to skomentuje?

RK: Astma jest chorobą cywilizacyjną, często źle leczoną. Bardzo często nieuświadomioną. Ludzie mają duszności, kaszel i często nie identyfikują tego z astmą, dopóki nie wydarzy się jakaś sytuacja krytyczna.To jest coś z czym trzeba nauczyć się żyć. Nie jest moim marzeniem, żeby do końca życia brać tabletki i preparaty wziewne. Kiedy się raz czy drugi zapada na niespodziewane zapalenie oskrzeli albo człowiek ma duszności latem i nie wie z czego się biorą, albo zimą nie może opanować kaszlu po treningu, to rodzi się pytanie: co robić? Czy przerwać trenowanie czy się leczyć i trenować? Dzisiaj leczenie astmy nie ma nic wspólnego z dopingiem. To zostało stwierdzone przez autorytety medyczne, sportowe, że środki przyjmowane przez sportowców chorych na astmę nie dają żadnej korzyści, przewagi.

PO: Sprowokuję pana. Gdyby pan biegał na 100 metrów i zdobywał seryjnie medale olimpijskie byłby pan światową ikoną sportu. Tymczasem chód to niszowa dyscyplina na peryferiach lekkiej atletyki. Oburza się pan na takie komentarze? Jest pan przecież w tej dyscyplinie wielkim mistrzem.

RK: Nie oburzam, każdy zna swoje miejsce. Równie dobrze może pan zadać takie pytanie Anicie Włodarczyk czy Tomkowi Majewskiemu.

PO: Właśnie, pewnie miliony ludzi się zastanawiają po co całe życie rzucać młotem czy pchać kulą?

RK: Jeśli byłby to czynnik finansowy czy popularnościowy to wszyscy by biegali sto metrów albo chcieli grać w finałach wielkiego szlema. Do sportu nie trafia się dlatego, że chce się zrobić kasę tylko dlatego że coś się bardzo lubi i ma się do czegoś predyspozycje. Jeśli chodzi o lekkoatletykę, to pierwszy, drugi trener decyduje o tym, jaką konkurencję będzie się uprawiać. To też nie jest tak, że chłopak, który ma dwa metry myśli o tym, że będzie kulomiotem – to zależy wielu czynników. Sam przedmiot, którym się zajmujemy jest drugorzędny, chociaż mi chód zawsze się podobał. W wydaniu młodzieżowym był znacznie ciekawszy niż bieganie stu metrów, dlatego że zawsze startowaliśmy w ciekawszych miejscach niż stumetrowcy, mieliśmy bardziej międzynarodowe zawody. Stumetrowcy startowali na pustych stadionach a my w parkach, centrach miast. Wie pan, byłem na igrzyskach w Londynie jako widz. Jednego dnia widziałem bieg finałowy Usaina Bolta na dwieście metrów i bieg finałowy i rekord świata Davida Rudishy z Kenii na osiemset metrów. Jak pan zrobi ankietę na ulicy „kto był mistrzem olimpijskim na osiemset metrów Londynie?”, to konia z rzędem temu, kto wskaże na Rudishę. A to jest ikona światowej lekkiej atletyki. I on się musi pogodzić z tym, że nie biega stu metrów i nie jest tak popularny jak Bolt.

fot. z archiwum Roberta Korzeniowskiego_Maraton Londyński_rekord życiowy_2h41:49

fot. z archiwum Roberta Korzeniowskiego, Maraton Londyński, rekord życiowy: 2h41:49

PO: Po co utytułowanym sportowcom, często majętnym i przede wszystkim lubianym, polityka? Dlaczego sportowcy decydują się na mariaż z polityką, która dzieli a nie łączy? Wcześniej przywołałem byłego ministra w rządzie PiS-u, pana Lipca, teraz to z kolei PO przoduje w ilości sportowców w sejmowych ławach. Mam wrażenie, że jest ich nadreprezentacja. Czy nie są oni kwiatkami do kożucha?

RK: Ja uważam, że sportowcy mają prawo do bycia obywatelami.Pełnimy po zakończeniu kariery sportowej rożne funkcje, pracujemy w różnych zawodach a zdarzają się wśród nas tez parlamentarzyści. Nie ma w tym nic dziwnego .Trzeba tylko zapytać czy polityka jest tym czym oni żyją, czym się pasjonują. Czy ja sam jedenaście lat po zakończenie kariery sportowej jestem bardziej byłym sportowcem czy po prostu obywatelem ze sportową historą?

PO: Być może bardziej potrzebna partii jest ich popularność niż ich kompetencja?

RK: To normalna kalkulacja wyborcza. Czasami na znanego i cenionego lekarza ludzie głosują, choć znają go jako lekarza a nie polityka. Owszem, boli mnie to, że czasem sportowcy są traktowani instrumentalnie, dają się wykorzystywać a nawet kiedy mówią coś sensownego to nikt tego nie słucha.

PO: Pan też się angażuje. Był pan dwukrotnie w honorowym komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego, wokół którego, głównie za sprawą książki Wojciecha Sumlińskiego, narosło kontrowersji. Nie obawia się pan grząskości tego politycznego gruntu? Wyraziłby pan publicznie poparcie jeszcze raz?

RK: Nie czytałem tej książki. Nigdy się z tego poparcia nie wycofywałem. Jestem wierny swoim wyborom. Dzisiaj żyję w Polsce, która demokratycznie wybrała inny model.

PO: Na koniec wróćmy do sportu, igrzysk olimpijskich, lekkiej atletyki. Jak będzie w Rio? Czy polska ekipa lekkoatletyczna zasili nasze konto medalowe?

RK: Mamy wyjątkowego ducha reprezentacji. Uważam, że stać nas na bardzo wiele. Ja jestem zawsze ostrożny jeśli chodzi o sukcesy w latach przedolimpijskich. O ile jednak wiem, koledzy trenują, są w dobrym zdrowiu. Życzę przede wszystkim trzeciego medalu olimpijskiego Tomkowi Majewskiemu. Uważam, że to mogą być najlepsze igrzyska dla polskiej reprezentacji od Sydney 2000.

PO: Kiedyś pana medal można było do klasyfikacji wpisywać w ciemno. Teraz taką murowaną faworytką jest Anita Włodarczyk. Czy poza tym nią mamy jakichś tzw. pewniaków?

RK: Bardzo wiele zmieni się jeśli chodzi o rygoryzm antydopingowy. Zakładam, że moi koledzy grają czysto, więc w tym widzę dużą szansę. Bywało, że byliśmy bardzo dobrzy, ale pojawiali się „supermeni” z krajów dotkniętych problemem dopingowym i to oni wygrywali. Ja uważam, że w Rio mamy duże szanse. Co do pewniaków – na szczęście w sporcie nie ma nic pewnego.

po
fot. Piotr Drabik/Flickr.com

Powiązane artykuły

Komentarze