News-Serwis

Kraj

W stronę pani Przybylskiej

W stronę pani Przybylskiej
06 września 2015
20:31

Jeździłem ostatnio koleją aglomeracyjną po Śląsku. Któregoś wieczoru siedziałem zaraz za kabiną maszynisty.

Wjeżdżaliśmy już na stację w Gliwicach, gdy dały się słyszeć od strony lokomotywy: najpierw głuche uderzenie, za moment krótki chrzęst pod kołami. Jeden z dwu zajmujących obok mnie miejsca konduktorów wszedł do pomieszczenia prowadzącego i wrócił, beznamiętnie informując:
– Sarna. Stała i patrzyła w światła.

Najwyraźniej oznajmiał, że to nie pierwsze takie zdarzenie. – Nie chcę dociekać, czy nie można było wyhamować. Być może źle oceniam emocje sprawozdawcy. – Tak czy owak: opowiem dziś o kimś, kto z niesienia pomocy braciom mniejszym uczynił sens swego życia. Była naszą sąsiadką, gdy z dziadkami mieszkałem w Skaryszewie. Nie pamiętam, jak miała na imię. Nie wiem dlaczego, gdy ją znałem jako kilkuletni chłopiec, mieszkała sama, nie mam pojęcia jak długo po naszym wyjeździe z miasteczka jeszcze żyła. Próbując, tak jak mogę, ocalić pamięć o niej – chcę, by reprezentowała podobnych sobie, bezimiennych. Bo z nimi świat jest lepszy.

Pani Przybylska zajmowała nieduży, drewniany, otoczony ogrodem, dom. Wiosna zjawiała się najpierw u niej, objawiając się kolejnymi kwiatami, z których mój największy zachwyt budziły niepokalanie białe narcyzy i irysy z tajemniczymi, przypominającymi włochate gąsienice, paskami po wewnętrznej stronie płatków. Wzdłuż ogrodzenia, w pobliżu budynku, rosły też bzy – duże krzewy, a właściwie już drzewka – z kwiatami fioletowymi i białymi, pojedynczymi i pełnymi. Najbardziej lubiłem białe pojedyncze, z wyraźnie widocznymi, poszczególnymi gwiazdkami, z których składały się kiście. Był też bez czarny. – Wszystkie te kwiaty dostarczały nektaru hodowanym przez ich właścicielkę pszczołom. – Kiedy przychodził moment wybierania miodu – pani Przybylska wkładała specjalne nakrycie głowy z welonem, chroniącym jej twarz od użądleń i okadzała ule przypominającym konewkę urządzeniem. Ponieważ uwielbiałem się przyglądać tym operacjom – podawała mi między sztachetami płotu wydobyty spomiędzy rojących się owadów kawałek plastra, a ja wysysałem przez słomkę kolejne jego komórki. – Żaden miód ze słoika nigdy mi tak nie smakował! – A kiedy były już puste, żułem sam wosk, nie mając pojęcia o tym, że gdzieś tam na świecie moim rówieśnikom służą do takiej rozrywki specjalne gumy. (Nigdy potem nie natrafiłem zresztą na jakąkolwiek, która tamtego, świeżego, zmieszanego z resztkami miodu, wosku mogłaby być choćby namiastką).

W obejściu pani Przybylskiej zawsze pełno było przygarniętych przez nią, chorych zwierząt, którymi się opiekowała. Liczne były zwłaszcza kawki, znajdowane na przykościelnym cmentarzu, gdzie zakładały gniazda na dzwonnicy, z której się zrywały, gdy zaczynały bić dzwony i krążyły nad nią, obsiadając, od czasu do czasu, otaczające barokową świątynię kasztanowce. Kląskanie kawek zawsze już będzie mi się kojarzyć z otwierającymi się, zielonymi, kolczastymi łupinami, w których połyskiwał wilgotny, wypolerowany brąz. Miałem wrażenie, że to kląskają pękające owoce, nie ptaki. – To tu właśnie, jak już wspomniałem w tych felietonach, umieścił Jarosław Iwaszkiewicz wojenną akcję swojego słynnego opowiadania „Kościół w Skaryszewie”. – Karmione przez swą opiekunkę, często leciały za nią przez miasteczko. Wracała do domu otoczona szczególną chmurą: ciągnął się za nią – by zacytować Gałczyńskiego – krzykliwy płaszcz z ptactwa.

Po domku Pani Przybylskiej i jej sadzie nie ma dziś śladu. Stoi w tym miejscu okazała, piętrowa willa. Pozostał jednak kościół. Nie wycięto też kasztanowców. I są kawki, które, jak zawsze, gdy zaczynają bić dzwony – zrywają się z kląskaniem i krążą, póki nie wróci spokój. Z pewnością również z przepełnionych gniazd wypadają im młode. Pocieszające byłoby wiedzieć, że jest ktoś, kto się nimi wtedy zajmuje. – Może któraś z sióstr z klasztoru wybudowanego na tyłach świątyni, naprzeciw nieistniejącej posiadłości Pani Przybylskiej? A może jedna z wesołych pań, które pracują dziś w przybytku usytuowanym, jak kościół, przy rynku – tylko na rogu po przekątnej?
Pebejot

575024_3567067063061_297196024_n-kopiaPiotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

 

 

 

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze