News-Serwis

Kraj

Trzeba mieć fantazję w karnawale! Gdzie i jak hulano w dawnej Warszawie

Trzeba mieć fantazję w karnawale! Gdzie i jak hulano w dawnej Warszawie
01 stycznia 2016
08:45

Dawniej wielki post był czasem wstrzemięźliwości, adwent przygotowaniem, a karnawał weselem. Żył człek poczciwy w rytmie kalendarza liturgicznego i – jak zaświadczał warszawski gawędziarz Franciszek Galiński – wyczekiwał karnawału niczym kania dżdżu. W II RP reguła nie była już tak ścisła. Zabawa stała się towarzyszką codzienności.

Być może z braku tęsknoty i oczekiwania dzisiejsze hece bledną przy dawnych zapustowych szaleństwach? A może to tylko wrażenie, bo upływ lat i tłuszczyk legend, w które obrosły historie miejskie robi swoje. Wiele wskazuje jednak na to, że przynajmniej fantazji przodkowie nasi mieli więcej, a może i w nadmiarze. Przekonują o tym XIX-wieczne rysunki Franciszka Kostrzewskiego – bywalca warszawskich redut. Reduty – szczególny rodzaj zabaw – organizowano w czasie zapustów przede wszystkim na placu Krasińskich przy ówczesnym teatrze. Do sali wpuszczano tylko osobników w maskach. Były to bale, które zjednywały wszystkich w prawach i w konwenansach. Nie żadne nadęte zjazdy pasibrzuchów. Przeciwnie.

Kostrzewski wspominał jak to w towarzystwie artystycznej braci w czasie maskarady spostrzegł jegomościa w czamarze, którego szamerunek zrobiony był z… parówek. W pewnym momencie padło hasło: „Zjedzmy go!”. Jak zaświadczał satyryk, szamerunek nie ostał się, zjedzony był na miejscu. Na redutach nie dziwił człowiek-but, ani inny ananas. Prawdziwą furorę i drakę przy okazji – wywołał pewnego razu człowiek-piec kaflowy. Przechadzał się wśród tłumu. Od zaplecza zamontowane miał drzwiczki z informacją: „nie otwierać”. Skutek był taki, że otwierał raz po raz każdy… rumieniąc się i chichocząc. Szczególnie śmiałe były damy. Nieprzystojne „cztery litery” świeciły z otworu prosto w twarz. Żartowniś musiał odpokutować decyzją sądu. Upiekło się za to upojonemu gorzałką niedźwiedziowi, który po rosyjsku prawił nieobyczajnie. Zbiegł zanim policyjne hycle zdołały go dopaść. Żarty polityczne nie były rzadkością, choć wyższe sfery z carskimi urzędnikami i oficerami bywały za pan brat.

rys. F. Kostrzewski

rys. F. Kostrzewski

W XIX wieku reduty miały już długą tradycję, choć wtedy stały się zabawami powszechnymi. Te z czasów saskich opisywał Jędrzej Kitowicz:
Nie godziło się wchodzić na reduty z bronią, także bez maski, czyli larwy, na twarzy. Tę jednak maskę osoby pierwszej rangi i szlachta, gdy chcieli, mogli zdjąć z twarzy, mogli jej nawet wcale nie kłaść na twarz, lecz dla zachowania postanowienia mogli ją przywiązać do ręki blisko – ramienia albo zatchnąć za kapelusz lub czapkę; ponieważ maska na to tylko była postanowioną, żeby równość między kompanią, za równe pieniądze cieszącą się, bez zniewagi lub ujmy honoru czyjejkolwiek mogła być zachowana. Człowiek podłej kondycji, jeżeli się demaskował, tym samym wyłączał siebie samego od społeczeństwa z zacniejszymi; ale póki był pod maską, nikt go nie mógł pogardzać i krzywdę mu czynić, choćby wiedział, że to człowiek podły, bez ściągnienia na siebie rygoru sądów marszałkowskich, pod których protekcją i za pozwoleniem dobrze opłaconym odprawiały się, obyczajami swymi, właśnie jak prawami kardynalnymi obwarowane, reduty. Szewc, krawiec i inny jakikolwiek rzemieślniczek, okryty maską, hulał sobie za równo z panami. Skoroby ją zaś zdjął i chciał się z kim godniejszym spoufalić, natychmiast zostałby zafrontowany.

Były maski sposobnością do ukrycia tożsamości i towarzyskich, a nawet małżeńskich intryg. Kto do końca zakrywał oblicze, musiał budzić podejrzenie. Zwłaszcza, kiedy zagadnięty, odpowiadał głosem zmienionym, nadymając się rubasznie. Wszystko, żeby zmylić rozmówcę i się nie zdradzić:

Oprócz zaś gminu obojej płci, który się dlatego przez całe reduty nie demaskował, chodziły okryte maską i inne, dystyngwowane osoby, gdy poznanymi być nie chciały, Szpiegując mąż żonę albo amant amantkę i na wspak, z kim i czym się bawi. Którzy zaś nie mieli przyczyny tajenia się i szpiegowania, pospolicie po jednym lub drugim przeńściu się po pokojach zdejmowali maski z twarzy dla wolniejszego oddechu.

Ludwik Roch Jemiołkowski rymował:

Miasto całe w wielkim ruchu,
Czy w sobolach, czy w kożuchu,
Jakby na igrzyska rzymskie
Lub walki torreadorów,
Każdy śpieszy na Krasińskie,
Miesza się do licznych zbiorów.
Długo postu smętne chwile
Więziły świat uciech chciwy,
Więc przepędzić czas świąt mile,
Że rad każdy, nie są dziwy.

W XIX wieku i później – do wybuchu II wojny światowej eleganckie towarzystwo i sfery niższe z zasady wspólnie nie celebrowały. Jedni i drudzy mieli swoje miejsca, rytuały, chwile zapomnienia. Arystokraci szli w tany charytatywnie, zbierając datki na samotne matki i inne potrzebujące dusze w gmachu ratusza, resursach kupieckiej i obywatelskiej. Gmin nie przejmował się niedolą innych i hulał bez kontusza aż się kurzyło. Najsłynniejsze takie bale odbywały się Pod Trzema Koronami (ul. Ogrodowa 58), Na Złotej Sali (ul. Żelazna), Pod Murzynkiem (Stare Miasto).

Wacław Szymanowski opisywał:
Antre kosztowało złotówkę. Przy wejściu do sali odurzył dziwny zaduch i hałas. Z początku nic prawie odróżnić nie można było, bo w powietrzu unosiła się mgła, pochodząca z wyziewów tańca, dymu fajek i niezbyt wytwornego oleju palącego się w lampach. Między gośćmi było tam wszystkiego po trosze, począwszy od fraka aż do prostej sukmany. Niektórzy porzucali wierzchnią część garderoby i hulali zakasawszy rękawy od koszuli. Płeć piękna trochę strojniej była przybrana, choć i tu dziwnym rzeczom można się było przypatrzeć (…) Tutaj oczywiście na Złotej Sali albo Pod Trzema Koronami nie tańczono poloneza ani gawota. Oberek, kozak, mazur a potem polka to były tu najczęściej zamawiane przez tancerzy, bo pejsata kapela, pobierając opłatę od tancerzy czekała, co ich większość zadysponuje.

fot. NAC

fot. NAC

Sylwestry i zabawy karnawałowe okresu dwudziestolecia międzywojennego miały szczególny charakter. Coraz powszechniej Nowy Rok witano poza domem, na balach w restauracjach, dansingach, kasynach wojskowych. Tygodnik „As” moralizował:
Na Zachodzie, np. we Francji i Anglii, wieczór ten spędza się zawsze w gronie rodziny i przyjaciół. Nikomu z ludzi mających własny dom i rodzinę, nie przychodzi do głowy porzucić to wszystko dla włóczęgi po knajpach. Siedzi tam bohema, półświatek i ci, którym brak nie tylko własnego ogniska, lecz nawet takiego cudzego, przy którym, choć chwilowo ogrzać by się mogli.

Jednak miasto wciągało. W latach 20-tych i 30-tych niemal każdy lokal był przygotowany na przyjęcie gości. Najbardziej wymagające towarzystwo spotykało się na balach w hotelach Polonia, Bristol, Europejski. Najciekawsze, być może, w słynnej Adrii gdzie na poziomie minus 1 obracał się parkiet a jazzowe kapele przygrywały niczym w Chicago.

Katarzyna Majcherczyk w styczniowym numerze „Stolicy” z 2009 r. pisała:
Po wizycie w teatrzyku rewiowym na występach popularnej Loli Petroni czy sióstr Halama: Zizi, Puni i Lody, rozbawione towarzystwo kontynuowało rozrywkę na dansingu w którymś z modnych lokali.

Pierwszeństwo wśród wszystkich miała Adria. Mogła pomieścić 1500 osób. Panów uwodziły fordanserki. Występowała m.in. Hanka Ordonówna. Kiepska pieśniarka, za to osobowość i legenda jeszcze za życia. Teksty piosenek pisali dla Ordonki najwybitniejsi – z Julianem Tuwimem na czele.

W 1933r. powstał Paradis (Nowy Świat 3), którego bywalcami stali się głównie młodzi oficerowie. Po wojnie w budynku był klub Melodia. Na górnej kondygnacji umieszczono eliptyczną lożę, z której można było spoglądać na tańczących poniżej. Publiczność przyciągały występy znanych piosenkarzy, artystów operetek i tancerek. W 1935r. Paradis zapraszał na przedstawienia „światowej sławy artystki” baletowej Edith Zeisler z zespołem. Codziennie w godzinach 18-23 odbywały się fajfy. Po 23 do rana – dansingi.

Przez cały okres karnawału w swoich kręgach bawili się aktorzy, osobno dziennikarze, sportowcy, wojskowi. Najweselej było w pomieszaniu, poplątaniu. Wszystko przy zagranicznych szampanach, winach, koniakach. Była w karnawale Warszawa stolicą prawdziwie światową. Ta Ameryka nad Wisłą miała się jednak wkrótce skończyć. W styczniu 1939 r. w „Mojej Przyjaciółce” pewien jasnowidz obwieszczał, że rozpoczynający się rok będzie stał pod znakiem planety Mars…

po

Powiązane artykuły

Komentarze