News-Serwis

Wywiady

Tropimy, szukamy, odkurzamy. Rozmowa z Michałem Wilczyńskim, szefem GAD Records

Tropimy, szukamy, odkurzamy. Rozmowa z Michałem Wilczyńskim, szefem GAD Records
28 grudnia 2015
12:17

GAD Records to wydawnictwo muzyczne, które zajmuje się zapomnianą muzyką z przeszłości. Głównie polską, choć narodowość nie jest w tym przypadku naczelnym kryterium. Jest nim raczej dbałość o to, żeby spod archiwalnej warstwy kurzu wydobywać nagrania wciąż brzmiące ciekawie i zadowalające nie tylko historyków. O polskiej muzyce i działalności GAD-a rozmawiamy z szefem wydawnictwa Michałem Wilczyńskim.

RP: Czy istnieje coś takiego jak „polskie brzmienie”? Znamy na przykład łatwą do odróżnienia polską szkołę jazzu, polski hip-hop ma inny charakter niż ten z Nowego Jorku czy z Francji, a w „Zmiennikach” ilustracja muzyczna nie jest taka sama jak w „Policjantach z Miami”…

Michał Wilczyński, fot. archiwum prywatne

Michał Wilczyński, fot. archiwum prywatne

MW: Jedno, konkretne polskie brzmienie moim zdaniem nie istnieje. Ale mieliśmy kilka przypadków, kiedy takie jednolite brzmieniowo twory powstawały. Można mówić o wspomnianej przez Ciebie polskiej szkole jazzu, można też mówić o polskiej el-muzyce, która ma bardzo specyficzny charakter, lawirujący gdzieś między synthpopem, szkołą berlińską i innymi szaleństwami. Są rzeczy, którymi możemy się na świecie wyróżniać, ale nie rozdmuchiwałbym tego raczej do określania mianem „polskiego brzmienia”. Za dużo różnych rzeczy musiałoby się mieścić pod jednym parasolem.

RP: Może w takim razie spróbowałbyś zdefiniować muzyczną polskość? Co się na nią składa? Co odróżnia muzykę z Polski od muzyki z innych krajów?

MW: „Muzyczna polskość” – rzeczywiście bardziej mi się podoba to określenie. Na pewno w wypadku wielu artystów znaczący jest wpływ naszej kultury, ten słowiański duch, odbijający się nie tylko w melodiach, ale czasami i w samym sposobie gry (vide wczesne SBB z tymi fortepianowymi kaskadami Józefa Skrzeka). W wypadku jazzu nasza polskość to soliści – fenomenalni indywidualiści, których u nas wyrosło od lat 60. całe mnóstwo. Gustav Brom mówił kiedyś Jerzemu Milianowi, że my, Polacy, nie mamy radości ze wspólnego muzykowania. I coś w tym jest – u nas wyróżniali się zawsze soliści o charakterystycznym stylu i brzmieniu, a nie większe składy. No i jeszcze – sięgając do muzyki z lat 70. czy 80. – wyróżniała nas kreatywność. Nie zawsze było łatwo o sprzęt, co powodowało, że muzycy musieli szukać nietypowych rozwiązań. I to często przynosiło doskonałe, świeże i niepowtarzalne efekty.

RP: Przejdźmy do GAD Records. Mógłbyś pokrótce przedstawić wydawnictwo czytelnikom? Czym się zajmujecie, jak działacie, ile czasu to już trwa?

fot. materiały promocyjne

fot. materiały promocyjne

MW: Szukamy, tropimy i odkurzamy. Jako firma istniejemy od 2008 roku, choć ja od 2003 roku produkowałem reedycje i archiwalia dla innych wydawców. W 2008 roku zacząłem pod szyldem GAD Records robić książki muzyczne, a od 2010 roku płyty. Wydawaliśmy też przez trzy lata kwartalnik muzyczny Lizard, ale – podobnie jak z książek – zrezygnowaliśmy z tej działalności i skupiliśmy na płytach. W kręgu naszych zainteresowań jest rock, jazz, funk, soul, elektronika i szeroko pojęta muzyka ilustracyjna. Głównie z Polski, choć od jesieni 2015 współpracujemy z czeskim Supraphonem, czego obszerne efekty będzie widać w 2016 roku. Firmę prowadzę razem z moją żoną Agnieszką. Oprawą graficzną (i nie tylko) większości wydań zajmuje się Łukasz Hernik, a Przemek Pomarański robi to, czego inni fotoedytorzy nie mogą albo się boją. Warto też pamiętać o doskonałych masteringowcach z którymi współpracujemy, z Andrzejem Poniatowskim na czele.

RP: Dlaczego wydajecie głównie muzykę, która jest obecnie raczej zapomniana?

MW: Jest mnóstwo doskonałych wydawnictw, które dokumentują na bieżąco współczesną scenę muzyczną – i elektronikę, i jazz, i rock. Dlatego tego nie ruszamy. Pewnie zresztą bylibyśmy w tym słabi. Archiwa to nasza pasja, więc wolimy w nich siedzieć i wynajdywać materiały, które albo od dawna nie były dostępne, albo nigdy nie zostały opublikowane. Znajdujemy perły, które powinny lśnić jasnym i wyraźnym blaskiem, a nie kurzyć się na półkach. Trzeba je wyciągać z zapomnienia i prezentować nowym pokoleniom słuchaczy. Tym bardziej, że kolejne lata mogą oznaczać dla tych materiałów powolną śmierć – taśma magnetyczna ma swoje ograniczenia…

RP: Jeśli ma się coś wspólnego z muzyką, trudno nie zauważyć, że istnieje współcześnie trend zakładający powrót do polskiego brzmienia sprzed lat. Skąd się to wzięło?

MW: Przez lata wmawiano nam, że polska muzyka brzmiała przeciętnie. Dynamika była beznadziejna, warunki nagrań partyzanckie i tak dalej. Tymczasem okazuje się, że problemem było zazwyczaj tylko marne tłoczenie poszczególnych tytułów, nie samo nagranie. Wystarczy sobie posłuchać „Dyplomowanego galernika” Piotra Figla z jego winylowego debiutu, a potem z kompilacji Polish Funk – na tej ostatnie bębny Janusza Stefańskiego wyrywają wnętrzności, tak pięknie i przestrzennie to brzmi. Ale wracając do samego polskiego brzmienia – to co robią np. Mitch & Mitch to jest kolejny wyraz tęsknoty za czasami, w których istniały orkiestry i zespoły radiowe, kompozytorzy i aranżerzy mieli się dobrze i mogli sprawdzać różne rozwiązania na żywym organizmie, a nie marnych substytutach w postaci syntezatorów udających żywe instrumenty. Taka tęsknota za żywym, dopracowanym graniem będzie cały czas obecna. W niektórych kręgach to jest w ogóle tęsknota za samą ideą radiowych orkiestr rozrywkowych, które naraz były i doskonałą bazą zatrudnienia dla muzyków, i poligonem doświadczalnym dla kompozytorów, solistów czy dyrygentów, i dostawcą doskonałej muzyki dla słuchaczy. Ale to se ne vrati, niestety.

RP: Na ile poczynania GAD Records to muzyczna archeologia a na ile po prostu wydawanie świetnej waszym zdaniem muzyki?

MW: Najważniejsza jest muzyka. Musi być dobra i musi dobrze brzmieć – nie ma znaczenia jej przysłowiowa wartość archeologiczna. Z tego powodu odrzuciliśmy kilka materiałów, które mogliśmy wydać, bo i nazwa artysty była bardzo znacząca, i materiał zupełnie nieznany – ale co z tego, skoro nie domagał on zarówno jeśli chodzi o jakość techniczną, jak i artystyczną? Ważna jest też dla nas również historia, kontekst w jakim możemy umiejscowić dany album – to miało duże znaczenie np. przy okazji albumu „Punkt styku” Show Bandu. Nieczęsto się zdarza, by grupa grywająca głównie w restauracjach doczekała się płyty z autorskim materiałem. I to po czterdziestu latach.

fot. materiały promocyjne

fot. materiały promocyjne

RP: Największy sukces spośród wznowionych przez GAD Records płyt odniósł soundtrack do popularnonaukowego programu „Sonda”, który był emitowany przez Telewizję Polską w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Bardzo szybko wyprzedaliście cały nakład. Z jakich innych albumów przygotowanych przez GAD Records jesteś szczególnie zadowolony?

MW: Duże znaczenie ma dla mnie „Nora” Kwartetu Zbigniewa Seiferta. To było nasze pierwsze wydawnictwo i bardzo miły start. Wspaniała, detektywistyczną wręcz pracą były albumy Klanu, szczególnie „Nerwy miast”. Cieszę się też bardzo z ociekającego od bonusów wznowienia „Jumbo Jet” projektu Arp Life oraz z niedawnych wydawnictw: dwóch rockowych killerów z lat 80., czyli debiutu Ryszarda Sygitowicza i świetnej, niedocenianej płyty zespołu Savana. Ponadto bardzo ważna jest dla mnie – nie w kontekście konkretnej płyty, ale całościowo – nasza współpraca i przyjaźń z Jerzym Milianem. To coś, co cenię sobie bardzo wysoko.

RP: Wiem, że ważna jest dla was dbałość o dotarcie do nagrań jak najlepszej jakości. Nie wydajecie albumów zgrywanych wprost z winyli. Czy zdarzyło się wam w związku z tym zrezygnować z wydania czegoś ciekawego?

MW: Póki co – na szczęście – rzeczy niemożliwe do wydania stały się możliwe, bo taśmy się odnalazły. Tak było z Sondą, tak było z debiutem Alex Bandu – choć ten ostatni kosztował mnie sporo czasu i nerwów, bo nie każda taśma opisana „Zderzenie myśli” zawierała właściwe nagrania… Z tego samego powodu przeciągnęło się w czasie wydanie „Murder Inc.” – oryginalne taśmy od lat 80. leżały w magazynie na obrzeżach Los Angeles i trzeba było do nich dotrzeć. Do zgrania z płyty winylowej mogę się posunąć tylko wtedy, gdy okaże się, że do podstawowego materiału brakuje nam jednego, bonusowego nagrania, którego w żadnej innej jakości nie ma. Wtedy – ze względu na kompletność wydawnictwa – jestem skłonny to zrobić, grając z słuchaczami w otwarte karty i informując jak sprawa wygląda. Rzeczywiście jednak nie wyobrażam sobie wydawania całego albumu zgrywanego z czarnego krążka. Staramy się te standardy stosować szerzej – rozmawiam z tobą w przerwie między skanowaniem negatywów zdjęć do jednego z kolejnych wydawnictw.

fot. materiały promocyjne

fot. materiały promocyjne

RP: Zdradzisz jakie smakołyki GAD Records planuje wydać w bliższej lub dalszej przyszłości?

MW: Rok 2016 zaczynamy na jazzowo. Wydamy piątą część serii Jerzy Milian Tapes – tym razem to brawurowa i fantazyjna muzyka baletowa z lat 1967-74 oraz Fly Ensemble, czyli całkowicie zapomniany, a doskonały projekt z początku lat osiemdziesiątych. To taki gitarowo zorientowany jazz z mocnymi wpływami easy listening i odpowiedź na pytanie, co robi w wolnym czasie robiła część Alex Bandu, która… nie chciała jechać na kontrakt do cyrku. W lutym będzie rockowo – wydajemy unikatowy koncert Klanu z 1972 roku, zagrany w bardzo nietypowym składzie. Będą też archiwalne nagrania zespołu Mech. W przygotowaniu ponadto trochę polskiej elektroniki, kolejne ścieżki dźwiękowe z polskich filmów oraz cała seria reedycji czeskich wykonawców z kręgu jazzu i rocka wydana we współpracy z Supraphonem. Nie zapomnimy też o fanach winyli – w mijającym roku trochę ich zaniedbaliśmy, ale teraz to nadrobimy. Na początku roku winylowe wznowienie „Polymelomodusa” Gustava Broma, czyli jedyna w swoim rodzaju okazja, by nie płacić za ten tytuł 350 zł. A chwilę później na czarnym krążku zgłosi się porucznik Borewicz.

RP: Wiele osób, w tym na przykład ja, cieszy się, że GAD Records istnieje. Powiedz, jakie jest zainteresowanie odbiorców waszymi albumami? Wasze płyty sprzedają się dobrze (oczywiście w skali, w jakiej takie zapomniane albumy mogą się dobrze sprzedawać)? Na ile GAD Records jest świetnym hobby, a na ile biznesem?

MW: Przede wszystkim – ja się cieszę, że są osoby, które cieszy to, co robimy. Jestem niezmiernie szczęśliwy, że ta muzyka dociera do pasjonatów w różnych zakątkach świata. Prowadzenie GAD-a z jednej strony jest hobby, bo robimy to z pasji i z niekłamaną radością. Z drugiej: niewielkim biznesem. Oczywiście – jak już wspominałem w kilku rozmowach – nie jest to biznes, z którego wystarczy na dom z basenem, ale my nie mamy takich wymagań i potrzeb. Ja nawet pływać nie potrafię.

Rozmawiał: Radek Pulkowski

Powiązane artykuły

Komentarze