News-Serwis

Kraj

„O każdej porze”. Przeszło sto lat TOPR

„O każdej porze”. Przeszło sto lat TOPR
29 stycznia 2016
11:45

Piotr Otrębski

„Ten, kogo ratują, nie cierpi” – wyszeptała półprzytomna Maria Bandrowska do pierwszego naczelnika TOPR-u. Te słowa mogą być mottem w tej ciężkiej służbie. Setki tysięcy interwencji. Zastępy ocalonych turystów i wspinaczy. Ratownicy tatrzańscy to ludzie odważni i szlachetni. Znają góry jak własną kieszeń. Niestety, nawet oni popełniają błędy. Walcząc o życie innych, narażają, a czasem poświęcają własne. 107. rok funkcjonuje Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe – instytucja-legendy.

Wyniosła, granitowo-wapienna bariera, dzieląca Polskę i Słowację, przez wieki trwała dziko, nie niepokojona przez człowieka. Tylko bacowie pędzili kierdele na hale, tylko harnasie zbójnikowali wśród smreków, tylko górnicy drążyli w skałach. Ceprów nie było. Dziki zwierz panował – niedźwiedź, ryś, wilk, jeleń.

Choć fascynacja Tatrami trwa od stuleci, to turystyka tatrzańska w pełnym tego słowa znaczeniu zrodziła się dopiero w drugiej połowie wieku XIX. Legendarny Sabała kurzył fajkę przed chatą na Krzeptówkach (dziś najstarszy dom w Zakopanem). Prawił bajania. Podejmował gości. Przybywali literaci, malarze, naukowcy – Stanisław Witkiewicz, Walery Eljasz-Radzikowski, Tytus Chałubiński. Przybywali suchotnicy i sportowcy. Tu, daleko w Galicji, na końcu polskiego świata, była prawdziwa enklawa wolności. Ciasna. Dziwna. Nieoswojona. Ale pewna. Miejscowi chłopi o orlich nosach Witkiewiczowi kojarzyli się z Indianami. Przekonywał autor „Na Przełęczy”, że góral był chłopem dumnym, który rósł dziki i wolny. Z tego zauroczenia zrodził się „styl zakopiański”, którego twórcą był pan Witkiewicz (m.in. kaplica na Jaszczurówce, willa „Koliba”, kaplica przy pustelni br. Alberta). Przetworzył on miejscowe wzorce, z chaty stworzył willę. Skrzynię góralską uczynił cennym artefaktem.

Wędrówka, którą opisał w powieści „Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr” była długa, wymagająca i pełna niebezpieczeństw. Przewodnikiem był góral w kierpcach i z ciupagą, (nie żaden przebieraniec!) Panie szły w sukniach z parasolkami w towarzystwie muzykantów, mężczyźni w marynarkach. Choć grupa była duża, choć przewodnicy byli pewni, to w razie potrzeby, z pomocą przyjść nie było by komu. A byli tacy, którzy na Zawrat wchodzili prosto z ulicy Marszałkowskiej albo krakowskiego Rynku. Adwokaci, lekarze, akademicy. Szok, jaki przychodziło im przeżyć, wysiłek fizyczny i konfrontacja z przepaścią odbierały nieraz wszelkie siły i resztki rozumu. Wielu samotnych wędrowców nie wracało w doliny. Niektórych nigdy nie odnaleziono. Ktoś w akcie desperacji powierzył swój los przestrzeni, rzucając się w otchłań.

Zatem z potrzeby bardzo naglącej zrodziła się instytucja, która jak anioł stróż – wiosną i zimą – w pogodę i dujawicę – idzie z pomocą mniej i bardziej roztropnym, lepiej i gorzej przygotowanym do wędrówek – turystom. Mariusz Zaruski wspominał: „Jeżeli weźmiemy pod uwagę niski poziom wychowania fizycznego u nas i idący z nim w parze brak wyrobienia fizycznego i zręczności, musimy przyznać przewodnikom słuszność. Takimi ciaraparami jak nasza młodzież, a jeszcze bardziej ludzie dorośli z końca XIX wieku, należało się istotnie jak dziećmi opiekować w górach.”

Naczelnik-idealista. Początki TOPR-u

Mariusz Zaruski uznawany jest za Twórcę Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Był on nie tylko pomysłodawcą, ale też ideologiem, organizatorem, a przede wszystkim czynnym ratownikiem – jednym z najbardziej zasłużonych. Często wchodził tam, gdzie inny za pieniądze by nie wszedł, stopę opierał na milimetrach ułamków skalnych. Jeśli wziąć po uwagę jakość sprzętu początku wieku XX jawi się Zaruski jako bohater w krajobrazie księżycowym. Był, zresztą, człowiekiem wszechstronnym, pionierem polskiego żeglarstwa, twórcą harcerstwa, generałem brygady Wojska Polskiego, adiutantem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego.

Na przełomie XIX i XX wieku liczba turystów tatrzańskich gwałtownie wzrosła jednocześnie zwiększyła się ilość wypadków. Tatry były już popularne przez cały rok. „Wracali z gór niefortunni turyści z podwiązanymi głowami, rękami, w podartym odzieniu. Zabłąkani w niepogodę, którym udało się jednak szczęśliwie powrócić, coraz częściej napełniali troską i rozpaczą serca swoich najbliższych.”

Było jednak wielu takich, którzy nie wracali. Po niektórych ślad całkowicie ginął – jak na przykład po Karolu Kozaku (zaginął w 1921r. na Rysach). Poszlaką obecności w górach niektórych były odnalezione po latach laski, plecaki… a czasem kości. Przypadki zaginionych bez wieści opisywali m.in. Zaruski, Stanisław Zieliński czy Michał Jagiełło.
W pierwszej dekadzie XX wieku zorganizowanie ekspedycji poszukiwawczej trwało czasem kilka dni, było słabo skoordynowane i zależało np. od postępów pracy w polu. Zaruski notował: „Niejednokrotnie trzeba już było organizować ratunkowe wyprawy, co było rzeczą zupełnie niełatwą wobec braku środków technicznych i ludzi jako tako orientujących się w sprawach ratownictwa. Właściwie za każdym razem musiało się improwizować wyprawę, której organizacja i sprawność zawsze, w zależności od osób biorących w niej udział, były rzeczą przypadku. Przygotowania do niej zabierały tak wiele czasu, że nieszczęśliwy turysta mógł lekko zemrzeć, zanim wyprawa wyruszyła z Zakopanego (…) – Gazda w domu? – Ni, konia pasie pod lasem. Jędrek, chybaj po ojca. Leciał Jędrek i po długiej chwili wracał zdyszany. – Ociec nie pójdom, bo jutro jadom na jarmark.”

Projekt powołania specjalnej służby, zajmującej się, na wzór alpejski, ratowaniem ludzi w górach powstał w roku 1908. Jednym z najbliższych współpracowników i przyjaciół Zaruskiego był młody kompozytor Mieczysław Karłowicz – wierny towarzysz w wędrówkach. Niestety, muzyk i znakomity taternik zginął w lutym 1909 r. w lawinie pod Małym Kościelcem (miejsce upamiętnione). „Dla niego Tatry były świątynią, konfesjonałem, księgą odwieczną prabytu, miłością i natchnieniem, ale nigdy areną cyrkową… Był jednym z najbardziej zdecydowanych przedstawicieli idealizmu w turystyce górskiej i zawsze słowem i piórem bronił czystości tego kierunku” [Zaruski]. Śmierć Karłowicza tylko przyśpieszyła prace organizacyjne. W końcu 29 października 1909 r. we Lwowie zarejestrowano Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Pierwszym prezesem został Kazimierz Dłuski a pierwszym naczelnikiem Mariusz Zaruski. Pogotowie mogło oprzeć się na bazie kilku sprawdzonych wcześniej ratowników-amatorów (nie tylko górali), którzy brali udział w akcjach ratunkowych organizowanych jeszcze przez Towarzystwo Tatrzańskie w Zakopanem. Do tej grupy, obok Zaruskiego, należeli: Klimek Bachleda, Józef Lesiecki, Stanisław Barabasz, Stanisław Zdyb, Henryk Bednarski, Gustaw Kaleński.

Zaruski zorganizował Pogotowie na wzór wojskowy. W szeregach TOPR-u obowiązywała absolutna dyscyplina. Naczelnik pisał: „W Straży Ratunkowej obowiązuje posłuch: nie wolno nie spełnić rozkazu ani krytykować zarządzeń naczelnika i kierowników oddziałów, ani odmówić udania się na wyprawę. Na ‚baczność’ cisza bezwzględna.”
Swoją służbę pierwsi ratownicy potwierdzali uroczystym ślubowaniem. Za odstępstwa od regulaminu groziły kary. Wszystkie te rygory przyjmowano z pokorą, bezinteresownie poddawano się dyscyplinie, poświęcano czas, a przede wszystkim, narażano zdrowie i życie. Wkrótce zaczęto organizować pierwsze szkolenia. Wprowadzano systemy sygnalizacji (m.in. z wykorzystaniem chorągiewek), wyposażano Pogotowie w niezbędny sprzęt. Pierwszymi członkami Straży Ratunkowej TOPR, którzy złożyli ślubowania służbowe byli: Henryk Bednarski, Stanisław Gąsienica-Byrcyn, Jan Stopka Ceberniak, Tadeusz Korniłowicz, Paweł Kittay, Leon Loria, Rafał Malczewski, Jędrzej Marusarz Jarząbek, Stefan Mazurkiewicz, Jan Obrochta, Józef Oppenheim, Jan Pęksa, Jakub Wawrytko Krzepotwski, Adam Wisłocki, Mariusz Zaruski, Stanisław Zdyb, Janusz Żuławski.

Warto zwrócić uwagę, że była to społeczność mieszana, ludowo-inteligencka. Góral Gąsienica-Byrcyn działał pospołu z malarzem i literatem Malczewskim, Klimek Bachleda z Zaruskim. Przedostatni uchodził za najodważniejszego i najwierniejszego. Niestety, prąc w górę na pomoc nieszczęśnikom, stracił życie. Bardzo wcześnie, bo już w 1910 r. Do wypadku doszło w Dolinie Jaworowej (obecnie Słowacja) na ścianie Małego Jaworowego Wierchu. Klimka Bachledę upamiętnia głaz (tabliczka kilka lat temu została ukradziona). W księdze wypraw zapisano „Stanisław Szulakiewicz, słuchacz Politechniki ze Lwowa, zginął na północnej ścianie Małego Jaworowego dnia 6 sierpnia 1910 r. Klimek Bachleda, śpiesząc mu z na ratunek, zginął tegoż dnia na tej samej ścianie.”

Pogoda tego dnia była fatalna. Lał deszcz. Wiało. Temperatura była niska. Były to warunki, które dziś uniemożliwiłyby przeprowadzenie akcji, nawet przy użyciu dobrego sprzętu. Ekipa Zaruskiego jednak szła na pomoc. Najbardziej ochoczy był Klimek. Tak przebieg akcji wspominał naczelnik: „Szczęki nasze z trudem i powoli poruszały się, wydając słowa jakieś zaokrąglone, niewyraźne i niedokończone. Niektórych liter nie wymawialiśmy już zupełnie. Przypuszczam, że był to stan stopniowego zamarzania. Z ogromnym wysiłkiem przebywaliśmy rynnę, brodząc w wodzie i czepiając się niedołężnie rękami wystających gzymsików i półeczek. Moje myśli, pamiętam, pozbawione były treści (…) Ukazał się [Klimek – przyp. P.O.] wreszcie o jakie 40 metrów od nas na grani tego samego żeberka. Wówczas, złożywszy dłonie, krzyknąłem głośno: – Klimku, wracajcie!
Klimek obejrzał się i machnął ręką w kierunku olbrzymiego żlebu, który się tam właśnie zaczynał (…) Po chwili obok nas w żlebisku (…) rozległ się łoskot straszliwy, jakby stado piorunów wyrwało się spod ziemi i wybuchem płomieni go rozsadzało (…) To runęła w przepaść olbrzymia kamieni lawina, łomocząc skałami o ściany żlebu i napełniając go pyłem rozstrzaskanych głazów i zapachem siarki. Z lawiną tą spadł człowiek w otchłań bezdenną.”

Ciało Klimka Bachledy, w obliczu ogromnych trudności i niebezpieczeństw, udało się znieść ze ściany. Dzielny ratownik spoczął na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.

Ekipa Zaruskiego brała udział w licznych akcjach, które z biegiem lat stały się legendarne i zasłużyły na miano kamieni węgielnych historii organizacji. Większość z powodzeniem można by przekuć na fabułę książki lub scenariusz. Do najbardziej dramatycznych wypraw należy zaliczyć tę z lipca 1914 r. Na Granatach utknęli turyści z Krakowa. Oto zapis z Księgi TOPR: „Bronisław Bandrowski, profesor gimnazjum z Krakowa, Anna Hackbeilówna i Maria Bandrowska, zgubiwszy drogę na Granatach, schodzili ku Czarnemu Stawowi. W zejściu tym Bronisław Bandrowski i Anna Hackbeilówna ponieśli śmierć na miejscu. Maria Bandrowska uratowana przez Straż Ratunkową TOPR.”

Trójka wędrowców, będąc na grani Granatów, słabo orientując się w topografii, wybrała, pozornie, najprostszy wariant zejścia. Kiedy zobaczyli łagodne, trawiaste zbocze, zdające się prowadzić aż do Czarnego Stawu, ruszyli w dół. Nie wiedzieli, że schodzą w pułapkę bez możliwości powrotu, że schodzą ku śmierci. Żleb Drege’a – bo o nim mowa – był miejscem wielu wypadków. Swoje imię zawdzięcza pierwszej znanej ofierze – studentowi z Warszawy nazwiskiem Drege.

Kiedy Bandrowscy i Hackbeilówna znaleźli się nad przepaścią, a pomoc nie przychodziła, profesor, będąc na skraju władz umysłowych, przechylił się i runął w przepaść. Za nim skoczyła Hackbeilówna. Bandrowska najpewniej podzieliłaby los towarzyszy gdyby nie pomocna dłoń ratowników. W ostatniej chwili. „Ciarki mnie przeszły: postać leży na samej krawędzi, jedna noga wisi nad otchłanią w powietrzu! Szybko przestępuję nogą przez leżące ciało, mając na myśli – odgrodzić w pierwszej chwili nogami swoimi jak poręczą człowieka o przepaści… I kiedym przeniósł nogę ponad ciałem, z bezwładnie leżącej masy, doleciał mnie głos ledwo słyszalny: <<ostrożnie, tam przepaść>>. Tych słów nigdy nie zapomnę!” – wspominał naczelnik.

Przeszło wiek tradycji

6 października br. w centrali przy ul. Piłsudskiego w Zakopanem zanotowano: „O godz. 17.42 do TOPR zadzwonił turysta informując, że schodzi z Trzydniowiańskiego W. do Dol. Chochołowskiej. W zejściu towarzyszy mu niedźwiedź, który od pewnego czasu podąża jego śladem. Pół godz. później kolejny telefon od turysty, który informuję, że niedźwiedź dalej podążą za nim. Powiadomiono Straż Parku. Po jakimś czasie kolejny tel. od turysty, który poinformował, że doszedł do drogi w Dol. Chochołowskiej, jest bezpieczny, bo zabrał go przejeżdżający tamtędy traktor.”

Tym razem skończyło się na strachu, ale gdyby zaszła potrzeba, ratownicy pospieszyliby z pomocą. Telefon komórkowy uratował życie niejednemu turyście. Ratownicy przypominają, że telefon należy mieć zawsze przy sobie – odpowiednio zabezpieczony przed zalaniem. Bateria musi być naładowana. Numer do Pogotowia (985 lub 601 100 300) zawsze wpisany na listę kontaktów.

W dobie nowoczesnych mediów TOPR nie pozostaje w tyle. Ratownicy prowadzą stronę w Internecie (topr.pl), publikują filmy instruktażowe, wprowadzają aplikacje, ratujące życie.
Działalność TOPR-u od lat popularyzuje były naczelnik organizacji Michał Jagiełło. Jego książka „Wołanie w górach”, będąca wypisem z ksiąg wypraw połączonym z komentarzami i opowieściami o górach, jest jednym z bestsellerów jeśli chodzi o turystykę górską. W latach 90-tych TVP emitowała krótki serial poświęcony pracy tatrzańskich ratowników „O każdej porze”. Na kanale youtube dostępny jest cykl filmowy „Akademia Górska TOPR”.

Mimo przeszło stu lat doświadczeń i nowoczesnego sprzętu, ratownicy wciąż muszą polegać przede wszystkim na własnych umiejętnościach i niezawodności towarzyszy. W 106-letniej historii organizacji wielu ratowników było w opresji. Najpierw ratowali oni, potem ratowano ich. Część ledwo uszła z życiem – w tym obecny naczelnik Jan Krzysztof. Najtragiczniejszy był wypadek z roku 1994. Pomiędzy Wielkim Kopieńcem a Nosalem w Dolinie Olczyskiej rozbił się śmigłowiec z toprowcami na pokładzie. Zginęły cztery osoby. Każdego dnia toprowcy narażają swoje życie, niosąc pomoc taternikom i turystom.

Październik i listopad w Tatrach to miesiące szczególnie niebezpieczne. Temperatura wyższych partiach regularnie spada poniżej zera, dzień staje się krótszy. Skała jest śliska, często oblodzona. Wychodząc w góry należy być dobrze wyekwipowanym, mieć ze sobą odpowiednią ilość prowiantu, mapę, latarkę i telefon komórkowy. Trzeba też odpowiednio planować wycieczki, biorąc pod uwagę, że już po godzinie 17 robi się ciemno.

fot: Piotr Otrębski

Powiązane artykuły

Komentarze