News-Serwis

Teatr im. Szkockiej Suczki

Reaktywacje

Reaktywacje
04 stycznia 2016
10:33

Od jakiegoś czasu popularne są w teatrach realizacje filmowych scenariuszy. Ściślej: tych kiedyś już zekranizowanych. Właściwie to nic nowego. Z dzieł prozatorskich tworzono (i robi się to nadal) dramaty. Z tychże libretta operowe, operetkowe i musicalowe. Opery i sztuki teatralne filmowano. I tak dalej. Bazą przedstawienia może być, na dobrą sprawę, wszystko. Więc dlaczego nie scenariusze zrealizowane kiedyś w kinie?

Produkcje kinoteatralne, o których mówię, można by, z grubsza, podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to spektakle, które z filmowymi pierwowzorami wspólny mają tytuł (niekiedy minimalnie zmodyfikowany) i podstawowy problem. Czasem przetworzony główny wątek fabularny. Dialogi z reguły są napisane od nowa. W całości bądź w znacznej części. Sens ma wynikać z konfrontacji dzieła nowego z pierwotnym. Taki recykling fabuł i tematów posiada zresztą długą tradycję. Wystarczy przypomnieć historię Fausta (przedstawioną po raz pierwszy bynajmniej nie przez tajnego radcę von Goethego), dzieje Don Juana (znane dużo wcześniej, niż swój słynny dramat napisał Molière) czy pierwowzory historii wykorzystanych przez Shakespeare’a. Warto przy tym zauważyć, że dawni autorzy zrzynali od siebie nie zawracając sobie głowy informowaniem odbiorców o nazwiskach tych, od których to czy tamto skubnęli. Dziś raczej zadaje się pytanie czy przerabiający ma prawo używać pierwotnego tytułu i nazwiska autora przetwarzanego dzieła? No, zdarzają się też awanturki ze spadkobiercami praw autorskich – lecz niezbyt często. Dość jednak dygresji.

Druga kategoria to – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – kopie. Widziałem, nie tak dawno, teatralną wersję pewnego słynnego filmu. Przedstawienie zrealizowane bardzo starannie z niezłą ekipą aktorską. Nie mogłem się jednak opędzić od pytania: po co ten trud? Spektakl bowiem nie wchodził z obrazem kinowym w jakiekolwiek spory. Nie tylko ideowe – ale i estetyczne. Scena po scenie, w realistycznej konwencji, relacjonował fabułę. Więcej sensu niż wizyta w teatrze miałoby przecież, w tej sytuacji, włożenie płyty do odtwarzacza. Nawet bowiem gdyby reżyser miał do dyspozycji aktorów genialnych (a miał jedynie dobrych) – nie przebije oryginału, bo tamte kreacje stały się legendarne.

I jest jeszcze kategoria trzecia. Przedstawienia tego typu charakteryzują się pewną szczególną właściwością – niezależnie od tego w jakim stopniu odchodzą od oryginału. Właśnie jedno z nich obejrzałem. Bardzo dobra, nowoczesna scenografia. To samo z muzycznym opracowaniem. Naprawdę zawodowa ekipa aktorska. Nowe dialogi (efektowne, dobrze leżące w ustach wykonawcom) – choć temat i wyjściowa sytuacja jak w oryginale. Jednym słowem rozumiem, że reżyser chciał mi powiedzieć: czasy się zmieniają, problem pozostał. Dlaczego zatem, przy tylu atrakcjach, wyszedłem z teatru zawiedziony? Film, który dał tytuł i bazę przedstawieniu był komedią. Bardzo śmieszną. Śmiesznością jednak gogolowską. Podszytą grozą. „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!” Stąd jakość oryginału. Zasadniczą rolę w osiągnięciu tego efektu odegrało – nomen omen – aktorstwo. No właśnie: odegrało. Niezwykle organiczne. Jak to się mówi w środowiskowym żargonie: aktorzy nie grali bohaterów, tylko nimi byli. W przedstawieniu zobaczyłem zaś wykonawców bardzo sprawnych, świadomie osiągających efekty komiczne, panujących nad publicznością. Pokazujących (!) jej grane postaci. Ja, mądry i świetny aktor, brawurowo prezentuję zabawnego idiotę. I już. Tyle. Ani śladu przerażającej podszewki. Szkoda. Gdyby reżyser potrafił zatrzymać się pół kroku przed przekroczeniem granicy kabaretu – miałby szansę osiągnąć efekt wstrząsający. Nie potrafił się jednak wyrzec kilku śmiechów dobiegających z widowni. Reżyseria jest także sztuką rezygnacji. Może nawet przede wszystkim.

pebejot

Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

fot. Theater der Künste/Flickr

Tagi
Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze