News-Serwis

Kultura

Pomyleni?

Pomyleni?
23 października 2015
10:36

Chcę być pomylony, pomyleni mają w głowie słoneczko – śpiewał Marian Opania na ostatniej wielkiej płycie Marka Grechuty „Pieśni” z wierszami Tadeusza Nowaka.

Piotr-Bogusław Jędrzejczak

No właśnie: problem zaczyna się już na poziomie terminologii. Prof. Stanisław Gerstmann, którego studentem miałem zaszczyt i szczęście być na psychologii, twierdził, że o ile możemy mówić o chorobach somatycznych – bo da się je zdiagnozować na podstawie mierzalnych wskaźników fizjologicznych – o tyle ustalenie norm psychicznych jest zawsze uznaniowe, zatem określenie: choroby psychiczne – również.

Podzielam ten pogląd. Zwłaszcza, że nazwanie kogoś chorym psychicznie piętnuje. Stykamy się jednak z ludźmi, których obraz świata i sposób komunikowania się z rzeczywistością tak dalece odbiegają od tych, które dominują, że chcąc nie chcąc, odruchowo zaliczamy ich od jakiejś oddzielnej kategorii – mimo że różnią się między sobą zwykle bardziej niż tak zwani „normalni”.

Prawosławie próbowało poradzić sobie ze sprawą przez stworzenie pojęcia jurodiwych – ludzi nawiedzonych albo opętanych, obdarzonych darem jasnowidzenia. Tak czy owak bez takich postaci (zakładam wersje niegroźne dla otoczenia i samych nosicieli) świat z pewnością byłby uboższy.

Z iloma zetnkąłem się osobiście! Zachowanie ilu z nich było fascynujące z powodu przekraczania barier, do których my „zdrowi” nie mamy śmiałości najczęściej się nawet zbliżyć! Chyba pierwszy, którego pamiętam, był niejaki K. – mieszkający gdzieś w okolicy majątku moich pradziadków i snujący się w sobie tylko znanym celu po lasach i łąkach.

Miałem kilkanaście lat i byłem w fazie ostrej kontestacji świata, co wyrażało się, na przykład, w noszeniu włosów (jasnoblond, co w tym kontekście nie bez znaczenia) do pasa. W któreś wakacje, będąc u tej właśnie rodziny, postanowiłem pewnego dnia wędrować po polach i zagajnikach w długim, błękitnym szlafroku. Taką miałem fantazję, mimo że perspektywa ukazania się komuś w tak niekonwencjonalnej postaci była mała, tereny należały bowiem raczej do odludnych. Lecz właśnie wtedy, na skraju podmokłej łąki, natknąłem się na K. Gdy mnie, z pewnej odległości, zobaczył – najzwyczajniej przeżegnał się i przyklęknął. Zrozumiałem, że wziął mnie za Matkę Boską. Miejsce na objawienie było modelowe.

Zachwycił mnie brak wahania w zachowaniu spotkanego. Kiedy się widzi Madonnę – na obrazie w kościele, jako statuę czy też bezpośrednio, żywą – należy się przeżegnać i przyklęknąć. Wiadomo. Pytanie: który z nas dwu był w tym leśnym uroczysku zjawiskiem osobliwszym?

Inną postacią z odrębnego porządku był P., najmowany przez wuja do polowych prac podczas żniw. Człowiek starszy ode mnie, mniej więcej, o trzy pokolenia. Zdawał się jednak tego nie dostrzegać, pytał mnie bowiem niekiedy: „A pamiętasz, jak przed wojną…?” Wydaje mi się przy tym, że konsekwentnie wynikało to z jego poglądu na rzeczywistość. Kpił z tych, którzy próbowali twierdzić, że Ziemia jest kulista i się obraca. „Jak by się Ziemia kręciła – powiadał ze śmiechem – to przecie te mendle by się poprzewracały!” Miał też precyzyjny pogląd na elektryczność. Dzielił ją na prądy grzmotościowe (czyli wyładowania atmosferyczne) i elekstryczne elekstryfikowane (te w gniazdkach).

Na praktykach w klinice psychiatrycznej trafiłem na pacjenta, który tłumaczył mi – posługując się precyzyjnymi, własnoręcznie wykonanymi rysunkami poglądowymi – zasadę działania rakiet kosmicznych. Paliwem – kwestia zasadnicza lotów kosmicznych! – był spirytus. Astronauci pili go, a wytwarzane, w następstwie, przez ich organizmy gazy działały, odprowadzene z odbytnic rurami na zewnątrz pojazdu, odrzutowo.

Słynna stała się w pewnym mieście pani, była pracownica miejscowej Operetki, która wykupiła ze swego teatru szereg kostiumów. Chodziła ulicami raz w olbrzymich, przystrojonych plastykowymi owocami kapeluszach, kiedy indziej w kompletnym mundurze ułańskim z czasów Powstania Listopadowego. Kiedy jakiś podchmielony obywatel zagadnął ją w tramwaju, patrząc na szamerunki: „A kto panią tak obhaftował”? – oburzona odrzekła: „Ty chamie! Ty chłopie! Szlachcianki nie poznajesz?”

W tej samej miejscowości słyszałem, również w tramwaju, skierowany do współpasażerów monolog innej kobiety, która z ironią pytała: „Czymże jest współczesna czarownica wobec przedwojennej? Czterech dzisiejszych trzeba na jedną tamtą!”

Także tam znana była autorka niecodziennej, powtarzanej dość regularnie, akcji. Szła do pewnego kościoła i w ściśle określonym momencie mszy przebiegała nago przed ołtarzem. Kościelny, wiedząc, czego się może spodziewać, czekał zawsze z przygotowanym na tę okoliczność prześcieradłem. Bez przeszkód potrafię sobie wyobrazić zaliczenie tego działania do kategorii: performans, hepening, body art.

Z aktywnością – mniej, niestety, radosną – jeszcze innej postaci stykam się w promieniu stu kilometrów od owego grodu. Działa chyba nocami, wypisując na budynkach i płotach dość długie komunikaty, mające nawrócić oszalałą ludzkość na drogę cnoty. Punkt wyjścia jest zawsze biblijny.

„Chcę być pomylony, pomyleni dzielą chleb i rybę
Chcę być pomylony, pomyleni zbierają okruchy
Pomyleni przychodzą do Boga
Pomyleni odchodzą od Boga”

pebejot
Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze