News-Serwis

Kraj

Poeta Karol Samsel: Transcendować. Nie zasypiać w postaci. Walczyć o metamorfozę

Poeta Karol Samsel: Transcendować. Nie zasypiać w postaci. Walczyć o metamorfozę
14 października 2015
08:00

Karol Samsel – doktor, historyk literatury, filozof, poeta. Adiunkt w Instytucie Literatury Polskiej Wydziału Polonistyki UW. Autor monografii Norwid – Conrad. Epika w perspektywie modernizmu (2015) oraz wielu zbiorów wierszy, m.in. Więdnice (2014) i Prawdziwie noc (2015). W przygotowaniu znajduje się najnowszy tom poezji pt. Jonestown. Od roku 2010 bada życie i twórczość Wandy Karczewskiej.

Z Karolem Samselem rozmawia Piotr Otrębski

PO: Marcin Świetlicki w Wierszu dla Zbigniewa Herberta dedykowanym Wisławie Szymborskiej przekonuje, że „żyliśmy w czasach, w których Adam Michnik wybornie znał się na poezji”. To był komentarz do Literackiej Nagrody Nobla w roku 1996, nagrody, wzbudzającej duże emocje. W zeszłym tygodniu przyznano kolejne nagrody literackie – w kraju – Nike Oldze Tokarczuk – na świecie – Nobla Białorusince Swietłanie Aleksijeiwicz. Czy nagrody literackie są w ogóle potrzebne? Komu bardziej – twórcom czy czytelnikom? Czy publika poradziłaby sobie bez tych „drogowskazów”?

KS: Nagrody literackie są częścią literackiego przemysłu i jako takie są bardzo silnie związane z rynkiem sztuki, rynkiem, który kształtuje się od przełomu nowoczesnego. Od połowy XIX wieku bowiem rodzi się relacja, pewien kanał nowo pojęty i głęboko przemyślany, który łączy nadawcę i odbiorcę, wreszcie rodzi się czytelnik jako kategoria opisowa. Trudno sobie wyobrazić nowoczesności bez instytucji nagrody literackiej, bez semantyki uhonorowania pisarza. Oczywiście, możemy sobie wyobrażać nasz kosmos, nasz świat literacki jako przestrzeń bez nagrody, bez kary podobnie, ale musimy zdawać sobie sprawę, że instytucja nagrody i instytucja kary to części nowoczesności. Jesteśmy też skazani na wszelkie konsekwencje nagradzania. Nagradzanie jest czynnością moralnie odpowiedzialną. Ma swoje reperkusje. To wydobywanie z cienia pewnych wartości kosztem wartości innych. Istnieje więc konflikt interesów, konflikt wartości, ale nie tylko on, także dialog międzyliteracki, międzyartystyczny wywoływany kolejnymi werdyktami jury. To część naszego nowoczesnego i ponowoczesnego areopagu. Musielibyśmy zrezygnować z nowoczesności i to w skrajnym, fundamentalnym tego słowa znaczeniu, żeby instytucję samej nagrody wycofać, a nawet – doszczętnie wyrugować. To w pewnym sensie też oczywiście instrument do kształtowania opinii publicznej. Zostałem tu jednak poproszony nie tyle o wyłożenie filozofii nagrody literackiej (i kary literackiej?), lecz o pewne konkretyzacje. Przywołam więc samego siebie sprzed jakiegoś czasu, zwłaszcza że jest to głos na temat dwuznaczności, czy dialektyczności dwu polskich stron: strony Szymborskiej i strony Herberta:

W końcu przychodzę, bariero tekstu.
I nie, nie widzisz mnie w uniesieniu.
Choć jestem egzaltowany i nigdy
od tego, ach-bądź, ach-nigdy nie
wolny, niewolny. Czy szedłem

w ogóle, bym mówił „przychodzę”,
„w końcu przychodzę”? Może rację
miała jedynie Szymborska, którą
odepchnąłem, wypalałem, mając
jeszcze na sobie, czytając

pewną stronę Ludzi na moście.
Może błądził Epilog, którego
przyspawałem do swej lewej
ręki poniżej kładek zegarka:
Epilog burzy. Jeden on mnie

zjałowił, jeden on okradł?
Skończoność hierofantów,
chwilowość hierofilów.
Krotochwila w Troi,
protochwila w zbroi.

Korpus i Dafne.
Korpus i Pokrętne.
Habeas Corpus(Act).

PO: Czy w drugiej dekadzie XXI wieku poezja jest w defensywie? Czy jest jeszcze szansa dla poetów? To pytanie, być może, banalne a może nawet niestosowne, ale postawione w obliczu chociażby ostatnich rozstrzygnięć konkuroswych – nagród dla reportażystów (Nike i Literacka Nagroda Nobla).

KS: To nie są banalne pytania. Ja, oczywiście nie powiem, że poezja jest w defensywie. Zawieszę to pytanie i wskażę jako poeta na ważność punktu pośrodku. Poezja, która jest „w defensywie” lub „w ofensywie”, nie jest w żadnym wypadku przedmiotem mojego zainteresowania. To ocena czytelników, ich rozliczenie i rozrachunek. Ja jedynie twierdzę, że poezja, o wiele bardziej niż proza lub dramat albo w inny sposób niż proza lub dramat, jest projektem na wszystko. Jest rodzajem pewnego uniwersalnego, bytowego zamachu. Być może takie widzenie jej roli wynika ze studiów filozoficznych, które ukończyłem kilka lat temu na Uniwersytecie Warszawskim. Być może za ich sprawą wiersz uważam za rodzaj skrajnej traktatowej formuły. Poezja – taka, jak widzę ją ja – mianowicie zaczyna istnieć dopiero wtedy, kiedy wykracza poza siebie i zmierza w stronę traktatu filozoficznego. Jeśli nie stworzę tekstu, który w sposób skondensowany nie będzie reprezentował mądrości traktatu, nie uznam, że napisałem wiersz. Z tej perspektywy trudno mówić o tym, czy tworzę dla ofensywizacji, czy defensywizacji literatury. Osąd należy do czytelników: gdzie umieszczą mnie, ale nie chodzi tylko o mnie, gdzie umieszczą trubadurów tej epoki: Marcina Świetlickiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Tomasza Pietrzaka, Justynę Bargielską etc. Decyzja, którą podejmą, będzie brzemienna w skutki. Spójrzmy, jak powoli odchodzi w zapomnienie fakt przyznania Literackiej Nagrody Nike Eugeniuszowi Tkaczyszynowi-Dyckiemu za tom Piosenka o zależnościach i uzależnieniach. Tymczasem autor stworzył niedawno kolejny, znakomity zbiór wierszy Kochanka Norwida. Jako norwidolog nie mógłbym tej publikacji nie odnotować jako wydarzenia. Czytelnicy jednak zapominają o Tkaczyszynie-Dyckim, często pamiętając jakkolwiek o tych zbiorach poezji, które są zaangażowane w ich światoobraz: społeczny, polityczny, obyczajowy. Jest to jedynie pamięć mnemotechniczna, zbiorowa pamięć mnemotechniczna. Coś jest zatem na rzeczy – w defensywie jest pewien rodzaj poezji. Poezji, która mówi określonym kodem, który z braku lepszej nazwy, krzywdząco dla jego natury nazwę metafizycznym. Pozostawanie w defensywie dla poety metafizycznego nie jest faktem interesującym, równocześnie jest wydarzeniem bolesnym – w skali całej jego biografii. Nieinteresujące i bolesne – oto stosunek artysty rozważającego to, jak grupowana jest jego twórczość w odbiorze.

PO: Zakładam, że będzie to jednak istotne dla jego wydawcy. Ty też, jako pisarz, mający udział w rynku, być może poprzez ten rynek jesteś w stanie ocenić sytuację poezji na tle innych sztuk?

Przestajemy – jako poeci – być reprezentantami społeczeństwa. Proszę mnie nie zrozumieć źle – nie mówię o żadnym kapłaństwie poetyckim. Nie jesteśmy po prostu w najzwyczajniejszym tego słowa znaczeniu reprezentantami głosu ogółu, nie jesteśmy jego adherentami ani wrogami, choć zdaje nam się, że słyszymy ten głos, głos ogółu – jak nikt bodajże inny.

KS: Rynek poetycki jest rynkiem miłośników. Właściwie wszystko, co wykonuje się w okresie lat po 2000 roku, można by zawrzeć w krótkiej sugestywnej łacińskiej sentencji amor vincit omnia (eros wszystko zwycięża). Proszę wybaczyć patos, ale to patos o charakterze krytycznym, a nie naiwnym. To rynek miłośników poezji i wydawców, którzy rozumieją specyfikę tej twórczości i zdają sobie sprawę, że tomik wierszy zostanie wydrukowany, żeby zaistnieć wyłącznie w sposób śladowy, znikomy. Śladowość to nasza idiomatyczność. To nasze współczesne, własne „narodziny tragedii z ducha poezji” – parafrazując tytuł traktatu Fryderyka Nietzschego. Wydajemy tomiki, aby one zaistniały w sposób śladowy, żeby je zahibernować, pozostawiając w książnicach, bibliotekach, licząc na rezonowanie tych publikacji. Licząc wpierw na krytyków literackich, następnie na historyków literatury. Myślę, że wielu poetów to rozumie, choć nie werbalizuje tych motywacji. Jednocześnie sprzyja to kastowości środowisk poetyckich. Skoro nie docieramy do czytelnika uniwersalnego, mitycznego w swojej sile, skoro jako nadawcy nie docieramy do odbiorcy, zamykamy się w kastach, organizujemy festiwaliki i festiwale, kinderyzujemy naszą teraźniejszość. Stymuluje to, niestety, proces zgubny dla nas. Przestajemy – jako poeci – być reprezentantami społeczeństwa. Proszę mnie nie zrozumieć źle – nie mówię o żadnym kapłaństwie poetyckim. Nie jesteśmy po prostu w najzwyczajniejszym tego słowa znaczeniu reprezentantami głosu ogółu, nie jesteśmy jego adherentami ani wrogami, choć zdaje nam się, że słyszymy ten głos, głos ogółu – jak nikt bodajże inny. W związku z tym, że nie ma żadnych reprezentacji, kapłaństw, mesjad, zadań ani posług, odchodzimy w swoje strony, zamykamy się w środowiskach przyjacielskich, towarzyskich, a poezja eroduje w skali talentów, indywidualności, podlega pauperyzacji i autopauperyzacji. W kastach właśnie często świętujemy upadek naszych osobniczych, plastycznych rysów indywidualnych.

PO: Nawet w przypadku czołowych współczesnych poetów trudno mówić o zawodzie poety. O ile mówi się o zawodzie pisarza w odniesieniu do prozaików to zawód poety jest jakąś fantasmagorią. Poeci mają inne zawody, podejmują inne czynności zarobkowe, które zapewniają im byt. Poezja jest zatem czymś „przy okazji”, choć dla poetów jest najważniejsza.

KS: Brak zawodowości poetów wynika z mitu romantycznego o kapłaństwie poety. Dopiero XIX-wieczny prozaik – taki jak nasz Bolesław Prus – stwarza zawód literata pojęty w sposób nowoczesny. Poezja jest w ariergardzie, poezja nie nadąża za tym tempem przemian. Nie jest w stanie się sprofesjonalizować w oparciu o własne siły. Dlatego dzisiaj zasięg zawodów poetów jest bardzo szeroki – począwszy od poety akademika, poety, który jest wykładowcą, np. którejś z polskich polonistyk – jestem takim przykładem – skończywszy zaś na poecie bezrobotnym, biedoklepie o gołębim sercu, poecie w małym miasteczku, pracującym w małej gazecie jako lokalny dziennikarz albo poecie-ankieterze. Wszystko przynoszą przykłady z życia. Jak mamy się porozumieć, jak w tej sytuacji ma zaistnieć poezja słów prostych i poezja erudycyjna? Jak mówić o profesjonalizacji pisania wierszy, kiedy cały czas jest ono redukowane do pewnej hobbystycznej czynności? W ten sposób zatraca się powaga tej twórczości, a narasta jej sloganowość. To też sprawia, że poezja zajmuje określone miejsce w strukturze nagród literackich. Być może jej niskie miejsce wynika z tego, że jako jedyny z rodzajów literackich nie uległa nowoczesnej profesjonalizacji – w przeciwieństwie np. do dramatu w wydaniu Tadeusza Słobodzianka czy powieści w wydaniu Szczepana Twardocha.

PO: Twoja poezja jest twórczością erudycyjną. Poezją człowieka osadzonego w kulturze. Zarazem poezją bardziej zapatrzoną w przemijanie niż w doczesność. Do poety Karola Samsela mówi bardziej „czucie i wiara” czy „mędrca szkiełko i oko”?

KS: Nie ma już tej opozycji. Jesteśmy nomadami, wędrującymi od jednej przestrzeni do drugiej. Nie wierzę ani „czuciu i wierze”, ani „mędrca szkiełku i oku”. I ta niewiara stymuluje twórczość. Nieposiadanie punktu wyjścia, pozostawanie w ciągłym ruchu jest czymś, co wydaje mi się uczciwe i moralnie odpowiedzialne, niezafałszowane. To cała skala tej odpowiedzialności, którą chciałbym podejmować. Jeśli opowiedziałbym się po stronie czucia albo po stronie rozumu natychmiast zostałbym postawiony przed trybunał, natychmiast zostałbym oskarżony o wszystko to, co zgubne, co wynikło z religii czucia bądź z religii rozumu. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że należy wędrować. Należy zanegować także istnienie złotego środka między dwoma punktami stałymi. Ta wędrówka, siłą rzeczy, jest wędrówką erudycyjną, bo erudycja jest wyborem egzystencjalnym. Nie da się wędrować z zawiązanymi oczami. Nie da się wędrować, nie percypując, nie analizując swoich rozstrzygnięć. Wędrować to znaczy wzbogacać swoją wiedzę i cały czas szukać nowych recept, rozwiązań po to, żeby je odrzucać. Taki charakter ma też religijny aspekt moich wierszy. Trwa w nich wymiar apofatyczny, wymiar poszukiwania. To ciągłe poszukiwanie możliwości bluźnienia Bogu w sposób, który nie byłby bluźnierczy. Ciągłe poszukiwanie krawędzi, za którą modlitwa staje się bluźnierstwem. Ciągłe pozostawanie na tej wąskiej linii i nieprzechodzenie na drugą stronę. To bardzo wiele kosztuje. Czasami musimy daleko odbiec od siebie, aby tę linię znaleźć z powrotem. Czucie i wiara i szkiełko i oko to nie są miejsca dla nas, to nie są miejsca po 2000 roku, to nie są miejsca po Auschwitz, to nie są miejsca po Bośni i Hercegowinie, czy po Iraku. To nie są miejsca, w których możemy zasnąć bezpiecznie z poczuciem, że obudzimy się jeszcze – bez poderżniętych gardeł. Po doświadczeniach kataklizmów XX wieku nie możemy pozostać w jednym miejscu – o tym staram się opowiadać w swoich wierszach.

PO: Zatem dokonujesz desakralizacji „czucia i wiary” i „szkiełka i oka”. Przeczytałem jednak, że wiersze Karola Samsela to subtelna modlitwa i wyznanie wiary. Jako czytelnik również mam takie poczucie. W co w takim razie wierzy Karol Samsel, poeta?

KS: Wierzę w wiarę. Wierzę w gotowość wiary. Wierzę, że chociaż dziś jestem nieprzygotowany do bycia wierzącym, jeżeli nie ma we mnie tego ziarna wiary, wierzę w gotowość, przyszłą skończoność, domykalność tego stanu – wiary. Jeżeli wierzę wyłącznie w siebie, to wierzę też w to, że narodzi się we mnie wiara w zewnętrze, innych, wiara w świat. Jeżeli wyłącznie wierzę w to, co fizyczne, wierzę, że mogę wierzyć w to, co metafizyczne. Ale także odwrotnie. Wierzę, że jeśli dzisiaj uwierzę w ducha, jutro mogę uwierzyć w biologię. Wierzę w regres i progres mojej wiary na równi, w jej przyspieszenie, jak i spowolnienie, a nawet w zatrzymanie. Tak, wierzę także w śmierć swojej wiary. Wierzę, że nie możemy pozostać w jednym miejscu. Że nawet jeśli będziemy czuli Boga przez palce, nie możemy zapominać, że jest w nas proch, który może zacząć dopominać się o swoje, który zredukuje nas do siebie. Skala zła, skala bestialstwa, skala sadyzmu, które tkwią w ludzkości, są też skalami odzwierciedlonymi w nas. W momencie najwyższych olśnień wierzę też w to, że pochłonie mnie największa noc. Nie da się bez uczucia nocy i wrażenia tego, co nocne przeżyć uczucia dnia. Przywołam słowa z Księgi Mądrości, chyba jednej z najbardziej paradoksalnie skonstruowanych ksiąg Starego Testamentu – o mądrości powiada m.in. prorok, że „umiłował ją nad zdrowie i piękność i wolał mieć ją bardziej aniżeli światło”. To zdumiewające i nie do pomyślenia w naszej skali! Przecież ze światła wszystko się narodziło. Jak przekonuje nas o tym od wieków Ewangelista Jan, „w Słowie było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”. Prorok Księgi Mądrości jednak tę światłość odrzuca za cenę mądrości, bo mądrość jest wiedzą o jednym i drugim, i świetle, i ciemności, jest wiedzą o tym, że towarzyszy nam zarówno altruizm, jak i bestialstwo, jest prawdą o naszej ludzkiej kondycji splamionej doświadczeniem zła, które rozmaite religie nazywają na swój sposób, np. mianem grzechu pierworodnego. Taka jest wymowa tytułu mojego najnowszego zbioru poezji Prawdziwie noc, składu tekstów metafizycznych, składu – jak powiedziałeś – nie tylko subtelnej modlitwy, lecz także pochwały mądrego doświadczenia ciemności, roztropności przebywania w ciemności.

PO: Gdybyś miał sformułować manifest „mądrego życia”, to jak by brzmiało jego streszczenie?

Każdy musi znaleźć receptę na przekraczanie swojej własnej, ludzkiej kondycji. Pozostawanie w ruchu to coś, co pozwala nam czerpać satysfakcję z naszego człowieczeństwa, czerpać z niego twórcze, humanistyczne zadowolenie, które pozostaje z nami w każdej chwili rewizji. Transcenduj, choćby to, w co wkroczysz, miało być sennym widzeniem.

KS: Transcendować. Wychodzić poza siebie. Nie zasypiać w postaci, która jest nam dana. Walczyć o metamorfozę, choćby była niemożliwa, choćby z metamorfozą miało wiązać się piekło metamorfozy. Przekraczać nieustannie swoją ludzką kondycję. Artysta ma ten sposób, który zostaje zamknięty w twórczości. Poprzez twórczość walczy ze śmiercią. Mówił o tym Witwicki [Władysław – przyp. P.O.] w XX wieku, wskazując charakter tej walki i nazywając ją ergantropią. Ergantropia wpisana w kondycję artysty to obsesyjna wręcz walka o pozostawienie swojego realnego, duchowego śladu na ziemi. Walka o ten ślad na ziemi jest psychomachią. Dla artysty takim psychomachijnym przetrwalnikiem jest jego dzieło. Dla zwykłego człowieka jego dzieci, jego potomstwo. Ergantropia to zatem nie tyle wiara w wieczność, co – w przedłużenie swojej egzystencji. Wiara w trwanie nieco dłużej. „Umrę wszystek” – powie ergantrop realnie myślący o swoim powołaniu (nie chcąc, aby przyłapać go na naiwności trwania wiecznie w jego dziele) – ale nie od razu, ale na własnych warunkach, dzieło przetrwa mnie, i choć także umrze po mnie, będzie dłuższe, silniejsze, czy to siłą kilku lat więcej, czy to kilku stuleci.
Każdy musi znaleźć receptę na przekraczanie swojej własnej, ludzkiej kondycji. Pozostawanie w ruchu to coś, co pozwala nam czerpać satysfakcję z naszego człowieczeństwa, czerpać z niego twórcze, humanistyczne zadowolenie, które pozostaje z nami w każdej chwili rewizji. Transcenduj, choćby to, w co wkroczysz, miało być sennym widzeniem. Walcz jak Jakub z aniołem dobrego samopoczucia. Jesteś bowiem Jakubem i walczysz o swoje własne, oddzielne i wyłączne plemię. O plemię synów Jakuba.

PO: W księgarniach jest już twoja praca doktorska, książka Norwid – Conrad. Epika w perspektywie modernizmu. Zaprośmy czytelników na spotkanie z tobą i promocję wydawnictwa.

KS: Chciałbym serdecznie zaprosić Państwa do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza na promocję swojej książki doktorskiej. Ostatnie lata swojej pracy na Uniwersytecie Warszawskim poświęciłem tematowi określania możliwych więzi dających połączyć ze sobą światopoglądy i pisarstwa Cypriana Norwida oraz Josepha Conrada. Promocja odbędzie się 28 października o godzinie 18.00. Spotkanie moderować będzie dr Iwona Rusek.

fot: Teresa Radziewicz

Powiązane artykuły

Komentarze