News-Serwis

Teatr im. Szkockiej Suczki

Paradoks Świntusi Macabrescu

Paradoks Świntusi Macabrescu
18 stycznia 2016
07:00

Kiedy u schyłku poprzedniego ustroju zdawałem na krakowską reżyserię, dziekan Goliński zapytał jaki repertuar – jeśli mnie przyjmą i ukończę studia – będę realizował? Odpowiedziałem, że to kwestia zasadnicza, bo obowiązujący w Polsce przez dziesięciolecia sposób rozmowy z widzami, wywiedziony z dramaturgii Mrożka, skończył się nieodwołalnie na początku lat osiemdziesiątych. Ciało pedagogiczne zareagowało entuzjastycznie. I nie chodziło o bystrość moich obserwacji, gdyż ówczesna praktyka teatralna nie potwierdzała wyrażonego przeze mnie sądu. Doceniono wyczucie tego, co wisi dopiero w powietrzu. I rzeczywiście: nie myliłem się.

Po roku ’89 niemal zupełnie znikły z teatralnych afiszów w kraju nazwiska trzech najczęściej dotychczas grywanych, współczesnych, polskich dramatopisarzy: Mrożka, Iredyńskiego i Witkiewicza. Za ancien régime’u trudno było znaleźć teatr, w którym każdy z tych autorów nie byłby reprezentowany przynajmniej przez jedną, aktualnie graną pozycję. Potem: jakby zdmuchnęło!

O Polsce Ludowej mawiano, że jest najweselszym barakiem w obozie państw socjalistycznych. Cenzura istniała. Lecz cenzorzy (po październiku ’56) brali udział w swoistej grze z artystami. Owszem, usuwali jawnie wyrażane treści antyustrojowe – ale już z aluzjami (jednoznacznymi i czytelnymi dla wszystkich) obchodzili się znacznie łaskawiej. Najczęściej udawali, że ich nie dostrzegają. Artyści zaś udawali wobec cenzorów, że ich twórczość z krytyką ówczesnej, polskiej rzeczywistości nie ma nic wspólnego. Teatralna widownia zresztą, przyzwyczajona do tej zabawy, gotowa była widzieć drugie dno we wszystkim, w słowach i zabiegach zgoła niewinnych. Jej zasady mistrzowsko wykorzystywał w swoich sztukach Mrożek. Trudno się dziwić, że gdy zaczęto ze scen mówić wprost – a stało się tak za karnawału Solidarności – aluzyjność straciła swój powab. I nie odzyskała go już ani w stanie wojennym, ani potem – do końca PRL-u. Mrożek – jeśli chodzi o dramaty – stworzył jedno arcydzieło, jedną rzecz świetną i jedną niezwykłą. I te trzy, teoretycznie, miałyby szansę w teatrze ocaleć. Z „Tangiem” (arcydzieło) problem jednak polega na tym, że jest ono tak organicznie osadzone w realiach Krakowa z początku lat sześćdziesiątych, że inscenizator nie ma szans jakiegokolwiek przybliżenia akcji w czasie – naruszenie najmniejszej cegiełki powoduje rozsypanie się całej konstrukcji. A cóż współczesną publiczność mogą obchodzić problemy sprzed ponad pół wieku? Oczywiście: problemy uniwersalne, aktualne zawsze – lecz nie do wyabstrahowania w „Tangu” z kontekstu miejsca i czasu. „Emigranci” z kolei (rzecz świetna) stracili u nas nośność z chwilą wejścia Polski do Unii i otwarcia granic. Na Ukrainie, Białorusi – tam ten dramat ma wciąż swą moc. U nas zajął zaszczytne miejsce w literackich i teatralnych archiwach. Pozostaje „Pieszo” (rzecz niezwykła). Bez ograniczeń dwu poprzednich pozycji, a z tajemnicą. Bezwzględnie do grania! „Pieszo” jednak też nie jest obecne w repertuarze. Bo Mrożka uznano za straconego w całości. A poza tym kłopotliwa jest wspomniana tajemnica. Nie wiadomo, co z nią zrobić (!).

Widziałem nie tak dawno dwie próby powrotu do dramaturgii Iredyńskiego. Obie zdecydowanie nieudane. Wiersze Iredyńskiego czyta się wciąż z fascynacją. I tak już chyba zostanie. Są świetne. Co innego ze sztukami. Całkowicie rozmijają się z dzisiejszym teatrem, z dzisiejszą wrażliwością estetyczną. Tyle. Passé défini.

Z Witkacym sprawa nie jest tak prosta. Na polskie sceny wszedł naprawdę ćwierć wieku po śmierci, po epokowym wydaniu zebranych dramatów przez Konstantego ks. Puzynę, na początku lat sześćdziesiątych. Można zrozumieć oczarowanie reżyserów materiałem niepodobnym do czegokolwiek, co mieli do dyspozycji wcześniej. Oczarowania mają jednak tę właściwość, że nie trwają długo, sztuki Witkiewicza zaś nie schodziły z desek niemal trzydzieści sezonów. Może zatem chodziło o szczególną trafność myśli autora wieszczącego zbydlęcenie ludzkości, zmechanizowanie wszystkiego i zanik uczuć metafizycznych? Lecz powiedzmy jasno: partnerami Stanisława Ignacego było bodaj dwu jedynie artystów teatru: Kantor (twierdzący, że ne można grać Witkiewicza, można jedynie grać z Witkiewiczem) i Lupa. Inni, realizując dramaty „wariata z Krupówek”, mogli sobie bezkarnie, na jego koszt, bez zawracania sobie głowy „filozofiami” autora, poszaleć (słynny tekst ks. Puzyny „Na przełęczach bezsensu”). W nie mniejszym stopniu Witkiewicz służył również aluzyjnej komunikacji z widownią. Przeróżne przedwojenne faszyzmy i inne polityczne potworności, do których się autor odwoływał, rozmaici dyktatorzy – wszystko to miało satyrycznie (!) odsyłać do rzeczywistości Polski czasów realnego socjalizmu. Rozumnie czy nie – ale zawsze. I na tym, przede wszystkim, oparta była ta tak niesłychana popularność. Nic dziwnego więc, że gdy duch dziejów zmiótł ustrój – zmiotło też ze scen Witkacego. Nie gra się go dziś, gdy jego proroctwa spełniają się na naszych oczach punkt po punkcie. O wiele wyraźniej niż w czasach, gdy – mimowolnie – był jednym z kilku najwydajniejszych dostarczycieli teatralnego repertuaru.

Nieobecności w teatrze Mrożka (z wyjątkiem „Pieszo”) i Iredyńskiego nie żałuję. Witkiewicza zdecydowanie mi brak. Nadzieją na jego powrót mógłby być chyba tylko powrót cenzury (co dziś nie wydaje się szczególnie nierealne).

pebejot

Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

fot. Witkacy, „Kuszenie Św. Antoniego II”/domena publiczna

Tagi
Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze