News-Serwis

Teatr im. Szkockiej Suczki

Organki płciowe

Organki płciowe
21 grudnia 2015
07:30

Sezon ogórkowy dawno za nami – a tu, dopiero co, afera na sto fajerek: Porno w teatrze! i Wrocław okrzyknięty polską Sodomą.

Wychodzi na to, że pojęcie sezonu ogórkowego trzeba rozciągnąć na cały rok, co skądinąd logiczne, bo niby dlaczego ogórki świeże ustanawiają – w tym wypadku – sezon, a kiszone nie? Sprawa okazała się zresztą jedynie reklamową propagandą, żadnego seksu na scenie nie praktykowano. Propagandą jednak skuteczną, bo pod wrocławski Polski ściągnęły, wraz z obrońcami tak a nie inaczej pojętej moralności, wszelkie możliwe media i przez parę dni cały kraj – łącznie z przedstawicielami najwyższych władz państwowych – mówił niemal wyłącznie o tej premierze. Ściągnęły też tłumy świeżo pozyskanych wielbicieli nowoczesnej sztuki scenicznej. Elfriede Jelinek (autorka wystawianego dzieła) – noblistka bo noblistka – była dotąd w Polsce wielbiona elitarnie. Dzięki wrocławskiemu marketingowi w kilka godzin zdystansowała Sienkiewicza. Czego chcieć więcej?

Z nagością i seksem w teatrze jest u nas dość osobliwie. Za władzy ludowej przemysł erotyczny – będący przejawem burżuazyjnej degeneracji – nie istniał i wśród owego sprawującego władzę ludu krążyły jedynie niewiarygodnie zniszczone, przemycane z Zachodu, pojedyncze egzemplarze tak zwanych świerszczyków oraz kopiowane w nieskończoność kasety vhs, przy odtwarzaniu których w akcji, bardziej niż koszmarnej jakości obraz, pozwalały się zorientować strzępy „dialogów” w rodzaju: Schneller! Schneller! – Jaaaaaa, guuuut! Już wówczas jednak polski teatr potrafił wyciągać z istniejącego stanu rzeczy odpowiednie wnioski. W ramach reglamentowania luksusowych dóbr polski realny socjalizm zezwalał na striptiz. Teatry inscenizowały więc dzieła klasyczne w rodzaju „Dekameronu”, wynajmowały występujące na co dzień w nocnych restauracjach artystki, robiące pod koniec przedstawienia (żeby uwagę widzów utrzymać do finału) swoje – i brały za bilety znacznie więcej niż normalnie. Goła baba, na którą – mimo podniesionej opłaty – każdego było stać, zapewniała znakomitą frekwencję na długie miesiące. Opłacało się teatrom, opłacało się widzom. Całkiem inaczej było wówczas z nagimi mężczyznami. Ci, jeśli już (sporadycznie) na scenach się pojawiali, to nie w roli wabika erotycznego, tylko jako aktorzy zaświadczający o nadzwyczajnej randze artystycznej dzieła. Na przykład w przedstawieniach Wrocławskiej Pantomimy Henryka Tomaszewskiego (inna sprawa, jak traktowała to publiczność).

Za to artyści uprawiający performans cieszyli się niemal nieograniczoną swobodą. Sztuka ta miała charakter skrajnie elitarny, pojedyncze pokazy odbywały się zazwyczaj głęboką nocą, gdzieś w maleńkich piwnicach – nie budziły więc publicznego zgorszenia, miazmaty dekadenckiej degeneracji nie kaziły uczciwych umysłów przedstawicieli ludu pracującego miast i wsi. Nago zazwyczaj występował, na przykład, Jerzy Bereś. Sam oglądałem jego pokaz, podczas którego miał do penisa przywiązaną klepkę parkietową (idei dzieła już nie pamiętam). Innym razem, jakoś u schyłku ustroju społecznej sprawiedliwości, poszedłem na występ przebywającego w Polsce na stypendium artysty brytyjskiego. Rzecz działa się w osiedlowym domu kultury, dokładnie w południe, w niedzielę. Prócz mnie na maleńkiej widowni zasiadła – nie więcej niż metr od wykonawcy – umundurowana, młodzieżowa drużyna harcerska wraz z dorosłym drużynowym. Okazało się, że performer uprawia body art. Zrozumiałe więc, że najpierw rozebrał się do naga. To, co robił dalej, miało za ideę stworzenie autoportretu za pomocą naturalnych wydzielin ciała. Artysta naciął skórę i pomazał stojącą na sztalugach szybę krwią, potem, w ten sam sposób, używał śliny, potu, wosku z uszu, moczu i kału (zdobytego na drodze publicznej defekacji). Usiłował również malować nasieniem – ale uporczywe wysiłki pozyskania tegoż nie przyniosły rezultatu i na pomazaniu obrazu wilgotnym od śluzu penisem się skończyło. Po wszystkim dyrektorka domu kultury zaprosiła młodzież do bufetu na herbatę i pączki. Telewizji przy tym nie było, internet nie istniał.

Dziś w teatrze rozbiera się niemal wyłącznie facetów. Powszechnie. Jak rozumiem w opozycji do przaśnej, gołej baby z PRL-u. Nie ma złych środków w teatrze. Jest tylko ich użycie, sensowne albo nie. Stosowane ciągle, szybko tracą moc. Trzeba więc ciągle iść dalej. Jedna z reżyserek, w związku z tym, rozebranemu aktorowi kazała się w intymnych miejscach wygolić i – żeby nie było wątpliwości, że to zabieg celowy – przejechała mu maszynką przez środek czaszki. Można też – w ramach środków zaradczych – udawać kopulację. Udawać – bo nawet wówczas, gdy wykonawcy będą do seansu, w sensie fizjologicznym, gotowi – akcja będzie niewiarygodna i jedynym jej efektem na widowni pozostanie zażenowanie.

Nie muszę tłumaczyć, że nie jestem tym stanem rzeczy zgorszony. Wszystko to zostało odkryte i było wykorzystywane – znacznie intensywniej – pół wieku temu w teatrach kontrkulturowych. W imię jakichś idei. Więc rozumnie. A swoją drogą: najmocniejsze, fascynujące sceny seksu w teatrze widziałem dawno już temu w przedstawieniu „Czarującego korowodu” Wernera Schwaba, w reżyserii Bogdana Hussakowskiego. Akcję oglądało się przez ogrodową siatkę. Nikt nie rozebrał się nawet na moment. Aktorzy w ogóle się nie dotykali. Dla przykładu: w jednej ze scen aktorka wisiała na siatce kilka metrów od swojego partnera i w trakcie tak pokazanego aktu płciowego bohaterowie prowadzili dialog. Mistrzostwo!

pebejot

Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

fot. danor shtruzman/Flickr

Powiązane artykuły

Komentarze