News-Serwis

Teatr im. Szkockiej Suczki

O strachach

O strachach
14 grudnia 2015
12:01

Od kiedy sięgam pamięcią, środki masowego rażenia straszyły. Ludzie zawsze mieli się czegoś bać. Za poprzedniego ustroju – niemieckich rewizjonistów, na przykład. Nazwiska dwu Herbertów: Czai i Hupki budzić miały w Polakach grozę. Sam sposób ich wymawiania w studiach radiowych i telewizyjnych stwarzał aurę demonizmu.

Rzecz jasna niebezpieczny był również amerykański imperializm. A zwłaszcza stado jego służalczych pachołków w postaci wojennych podżegaczy, którzy mogli nacisnąć sławetny czerwony guzik i ostatecznie przerwać marsz ludzkości ku świetlanemu jutru.

Zmiana ustroju oznaczała także zmianę sposobu straszenia. Rewizjoniści i imperialiści stali się nagle naszymi przyjaciółmi. Komuniści nie bardzo mogli awansować na wrogów, bo ostali się w paru rezerwatach i jeśli budzili jakieś emocje, to najwyżej zdziwienie. A straszyć przecież było trzeba. Już nie w imię zachowania władzy, tylko dla pieniędzy (co, być może, wychodzi na jedno). Stach się po prostu dobrze sprzedaje. Gdyby ludzie nie lubili się bać – nie kręcono by od dziesięcioleci tak wielu horrorów. Każdy straszy, jak umie. Modne są naturalne katastrofy. Wybuch gigantycznego wulkanu. Taki, jak te dwie czy trzy erupcje, które miliony lat temu wytłukły 90% życia na Ziemi. Wielka planetoida albo kometa, która rąbnie w nasz glob i unicestwi nas, jak niegdyś dinozaury. Globalne ocieplenie, za którego sprawą znaczna część lądów najpierw znajdzie się pod wodą, a potem, razem z większością planety, zamarznie, dając początek nowej erze lodowcowej. Straszna będzie też nędza przyszłych emerytów, którzy po prostu wymrą z głodu. (Jeśli wcześniej, jeszcze na etatach albo w dzieciństwie, nie zabije ich epidemia otyłości). Powtorne będą skutki starzenia się i wyludniania. Koszmarne – niepohamowanego przyrostu naturalnego. O wszelkiej maści terrorystach nawet nie będę wspominał. I tak dalej, i tym podobnie.

Wygląda na to, że im dłużej się straszy i im straszy się bardziej – tym straszeni boją się mniej. Straszenie komunistyczne stało się chyba dość szybko rytuałem, do którego wszyscy się przyzwyczaili jako do beztreściowego bełkotu i, jak przypuszczam, zaniepokoiliby się raczej, gdyby któregoś dnia ustało. A co ze strachami dzisiejszymi, w większości chyba realnymi? Ludzie jakoś chyba nie bardzo chcą sobie zawracać głowę zagrożeniami – niezależnie od tego czy na ich zażegnanie mają jakiś wpływ, czy nie. Dziś ważne jest dziś.

Jechałem niedawno pendolinem z Gdyni do Warszawy. Gdzieś w połowie trasy wsiadł i zajął fotel obok mnie pan w wieku studenckim. Z gatunku dbających o wygląd. Ktoś, kto w pociągu, gdzie „dodatkowa opłata za przejazd bez biletu” (jak zmysłowym głosem obwieszcza pani z głośników) wynosi 650 zł – był na swoim miejscu. Z długimi, spiętymi w kucyk włosami i brodą. Grzeczny i – jak pomyślałem – sympatyczny. Gdyby mnie spytano, czym się trudni – odpowiedziałbym, że mógłby być muzykiem bądź innego rodzaju artystą. Miałem zresztą i inny powód, by zaliczyć go do instrumentalistów. Wiózł ze sobą obiekt, schowany w estetycznym futerale. Przypominającym nowoczesne pokrowce na skrzypce albo klasyczne gitary. Jego kształt jednak był nieco nietypowy – tak, że pomyślałem: gitara, lecz elektyczna. Rockandrollowiec jednak chyba nie – pewnie dżezmen. Im dłużej jednak wpatrywałem się kątem oka w ów obiekt, tym bardziej lęgła się w mojej głowie myśl – początkowo nieuświadomiona – że mam do czynienia z czymś całkiem, ale to: całkiem!, innym. Moja niepewność poznawcza pierzchła, gdy sąsiad wyciągnął z ładnej, nowoczesnej torby książkę. Solidnie wydaną, w twardych, lakierowanych okładkach. Nie była to jednak biografia żadnego z wielkich dżezu. Ani podręcznik harmonii czy kontrapunktu. Dzieło nosiło tytuł: „Wademecum snajpera”. Obiekt w pokrowcu to była broń. Żywię nadzieję, że instrukcje zawarte w dość grubej pracy o „męskim” tytule nie pouczały, jak skutecznie zabić człowieka. Że edukowały jedynie, jak strzelać, żeby trafić. Do czego – to już decyzja strzelającego. Lecz przecież nie do butelek ustawionych na płocie. Zatem do zwierząt. Musiało więc chodzić o elitarne „hobby”: myślistwo. Subtelny, wytworny młodzieniec był kimś, kto znajdował przyjemność w zadawaniu innym istotom śmierci i cierpienia. Takie konstrukcje psychiczne zawsze mają źródło w poczuciu własnej słabości. Sąsiedztwo stało się dla mnie odrażające. Nie mogłem się jednak przesiąść – wszystkie miejsca były zajęte. W końcu z ulgą wyszedłem z pociągu. Snajper pojechał dalej, w kierunku Katowic.

Jeśli już kogoś powinniśmy się bać naprawdę – to ludzi słabych.

pebejot

Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

fot. André Gustavo Stumpf/Flickr

Tagi
Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze