News-Serwis

Wywiady

„Mówimy: mafia – myślimy: politycy i tajne służby.” Wojciech Sumliński mówi o tym, o czym inni boją się pomyśleć

„Mówimy: mafia – myślimy: politycy i tajne służby.” Wojciech Sumliński mówi o tym, o czym inni boją się pomyśleć
16 grudnia 2015
07:30

Przez lata był dziennikarzem m.in. „Życia”, „Wprostu”, TVP. Współtworzył pierwszy w kraju zespół dziennikarzy śledczych. Badał najgłośniejsze afery III RP i PRL – jak zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. W 2008 roku w jego życiu nastąpił dramatyczny zwrot. Skraj załamania. Próba samobójcza. Teraz sam siebie nazywa pisarzem śledczym. Ma na koncie siedem książek. Wymienia w nich nazwiska polityków, oficerów służb, biznesmenów. Niektórym stawia poważne zarzuty. W ostatniej publikacji ujawnia tajne zeznania Jarosława Sokołowskiego ps. „Masa”, najsłynniejszego świadka koronnego w Polsce. O ciemnym obliczu Polski z Wojciechem Sumlińskim rozmawia Piotr Otrębski.

Poprzedni1 z 3
Użyj ← → (strzałek) do nawigacji

PO: „Czego nie powie Masa o polskiej mafii” to pańska najnowsza książka. Co nowego przynosi, czego do tej pory opinia publiczna nie wiedziała o polskiej mafii?

WS: Zdecydowanie nie wiedziała tego, czym jest polska mafia. Jako mafię wykreowano gangsterów, którzy strzelają do siebie zza węgła, którzy wysadzają sobie wzajemnie samochody, którzy czerpią zyski z agencji towarzyskich, z napadów na TIR-y. Natomiast pomijano to, co jest solą mafii. Przyznał to Jarosław Sokołowski pseudonim „Masa”, najbardziej znany świadek koronny w Polsce, który mówił o tym, że o pewnych sprawach mówić nie będzie. Mówił na przykład, że nie będzie mówić o fundacji „Pro Civili”, bo nie ma takiej instytucji ochronnej w Polsce, która ocaliłaby mu życie. Ja w swojej książce próbuję pokazać właśnie to, czym była ta prawdziwa mafia. Wyjaśnił mi to kiedyś jeden prokurator krajowy: „mówimy mafia: myślimy politycy i służby tajne” i opisał mi to na przykładzie, który ja dla własnego użytku skojarzyłem sobie z firmą Megagaz, mającą dawniej siedzibę przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie w wynajętym mieszkanku. Przykład jest taki – trzy firmy startują w przetargu na miliard złotych albo więcej. Jedna firma działa od lat na rynku krajowym, ma wiele dokonań. Druga ma świetne koneksje międzynarodowe. Dysponuje olbrzymim kapitałem. Trzecia została założona kilka tygodni wcześniej przez służby tajne. Przetarg wygrywa ta trzecia. I to właśnie jest mafia. Megagaz dla mnie był przykładem takiej właśnie mafii, gdzie kilku ludzi znanych jak Roman Kurnik, szef kadr Służby Bezpieczeństwa, pan [Jerzy] Napiórkowski, bohater „afery karabinowej”, opozycjonista, pan Andrzej Celiński, pan admirał [Romuald] Waga i jeszcze parę innych osób pomyślało jak zarobić duże pieniądze. Ci ludzie myśleli w kategorii setek milionów złotych. Wystartowali w przetargu na budowę trzeciej nitki rurociągu naftowego „Przyjaźń”. Wygrali ten przetarg. Zdefraudowali 700 milionów złotych. Nigdy za to nie odpowiedzieli. Te pieniądze nigdy nie zostały odzyskane. Takich interesów w Polsce dokonywanych przez prawdziwą mafię były może nawet tysiące. Ja się czasami dziwię, że nasz kraj nie rozpadł się jeszcze na kawałki. Patrząc na tę całą degrengoladę, na ten poziom kradzieży na tak niebywałą skalę naprawdę się dziwię, że to wszystko jakoś jeszcze funkcjonuje. [Wojciech Sumliński wygrał przed sądami wszystkich instancji proces cywilny wytoczony mu przez spółkę Megagaz w związku z publikacjami w „Życiu” i „Wprost” –przyp. red.].

PO: I pana informatorzy, znający te mechanizmy od środka – o czym pan pisze – też się dziwią i pytają dlaczego nie wysyła pan dzieci za granicę. Czy to jest, cytując byłego ministra, już naprawdę „kamieni kupa”? Tak źle to wygląda?

WS: W moim przekonaniu niestety tak to rzeczywiście wygląda. Ja patrząc na to, w jaki sposób działały służby tajne, w jaki sposób to wszystko funkcjonowało tak właśnie myślę. Ja miałem wejścia, miałem możność oglądania działalności gangsterów, znałem ludzi, którzy pociągali za sznurki, którzy tym ludziom mówili: „do tego poziomu wolno wam funkcjonować, do tego nie”. To byli ludzie właśnie ze służb tajnych. To byli ludzie pokroju Aleksandra L. – tak go muszę nazywać.

PO: Chociaż w książce podaje pan pełne nazwisko.

WS: Nie, podaję nazwisko Lichodzki przez „dz” a nazywa się nico inaczej.

PO: W ostatniej książce publikuje pan obszernie pokopiowane dokumenty, zeznania Jarosława Sokołowskiego „Masy”. Rozumiem, że nie mają one już statusu tajemnicy państwowej? Już kiedyś miał pan kłopoty z powodu ujawnienia części tych zeznań.

WS: Ja nic nie wiem o tym, żeby z tych zeznań zdjęto klauzulę tajności. Zdecydowałem się jednak opublikować je w książce. To są te same zeznania, które zabrała mi ABW w roku 2008, uznając, że one stanowią jakieś zagrożenie – nie wiem dla kogo. „Masa” w tych zeznaniach opisywał związki organizacji pruszkowskiej z – jak on to ogólnie mówił – SLD. Miał tam nastąpić podział rynku w kwestii automatów do gier. Ja te zeznania miałem w 2003 roku. Chciałem je opublikować w tygodniku „Wprost”. Nie dane mi było wtedy to zrobić. Przychodził Michał Tober, rzecznik Millera. Miller był wtedy premierem. Były wielkie naciski na redaktora Marka Króla, żeby tych zeznań nie ujawniać. Ostatecznie udało się ujawnić pewne drobne fragmenty. Wtedy zagrożono mi pierwszy raz więzieniem. Kazano mi wydać informatora. Nie zrobiłem tego. Zagrożono mi karą do ośmiu lat pozbawienia wolności za ujawnienie tajemnicy państwowej. Sąd pierwszej instancji odbierał mi immunitet, sąd drugiej instancji przywracał mi tę tajemnicę dziennikarską. Ja wtedy dostałem informację od mojego informatora, że jeśli posunę się jeszcze o krok to zamkną mnie jak amen w pacierzu. Te zeznania „Masy” obciążały SLD. SLD wtedy rządziło. Po latach chciałem je opublikować, ale w 2008 roku ABW zabrała mi te dokumenty. Ja je teraz umieszczam w książce. To są wciąż tajne dokumenty. Ja uważam, że są one własnością społeczną. Opinia publiczna oszukiwana, mamiona na wiele sposobów ma pełne prawo, żeby je poznać. One nie zaburzają żadnego toczącego się śledztwa. Nie psują nikomu pracy, ot ktoś uznał, że opinia publiczna nie ma prawa ich znać. A ja pytam – czemu? Dlaczego opinia publiczna ma ich nie znać? Jak tak popatrzymy na te rzeczy utajniane tylko w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ja piszę o tym w swojej książce – grubo ponad sto osób zabitych, począwszy od generała Papały. Grubo ponad sto tzw. samobójstw. Nie wyjaśniono żadnego z nich. Miliardy złotych w tym czasie wytransferowano do rajów podatkowych jak Belize, Cypr czy do Rosji. Nie wróciła ani złotówka. Ja zadaję pytanie w tej książce – co się jeszcze musi wydarzyć? Ile musi być jeszcze tzw. wypadków samochodowych, tzw. zawałów serca czy tzw. samobójstw, żeby Polakom otworzyły się oczy. Ja mam wrażenie, że Polakom zaczynają się oczy otwierać i trzeba im tę prawdę odsłaniać.

PO: Prawda podobno czyni wolnym, ale mam wrażenie, że znajomość prawdy może kosztować tak wiele, że będzie nie do zniesienia obciążeniem.

WS: Jest. Prawda bywa zakładnikiem wszechwładzy rządzących. Mimo wszystko nie uważam, żeby te trudności, które się czyni na drodze do poznania prawdy usprawiedliwiały to, że nie podejmuje się prób dotarcia do prawdy. Ja miałem to szczęście, że wychowywałem się na homiliach ks. Jerzego Popiełuszki. Ja wtenczas mieszkałem przy ulicy Stołecznej – obecnie Popiełuszki, do tego kościoła [św. Stanisława Kostki – przyp. red.] miałem kilkaset metrów. Cała moja rodzina mieszkała na przyległych uliczkach. Moja rodzina to była rodzina nie tyle warszawiaków co żoliborzan. Kościół św. Stanisława Kostki był w centrum tej mojej Warszawy. Częstokroć, idąc do liceum wstępowałem na te krótkie msze księdza Jerzego, który mówił o prawdzie, on wtedy mówił właśnie o prawdzie.

Poprzedni1 z 3
Użyj ← → (strzałek) do nawigacji

Powiązane artykuły

Komentarze