News-Serwis

Teatr im. Szkockiej Suczki

Miasta z tramwajami

Miasta z tramwajami
11 stycznia 2016
10:57

Jest takie teatralne przekleństwo: Obyś nigdy nie pracował w mieście z tramwajami! Sens wydaje się prosty: Żebyś sczezł na prowincji!

Po pierwsze jednak zależność między utramwajowieniem grodu a jego światowością jest dość dyskusyjna (pomińmy największe, światowe metropolie, gdzie tramwajów dziś nie ma, ograniczmy się do Polski). Z jednej bowiem strony zdarzają się miasta nawet nie stutysięczne, utrzymujące szynowy transport publiczny, z drugiej kilku całkiem sporych – i we wspomniany sposób, oczywiście, wyposażonych – trudno do kulturalnej prowincji nie zaliczyć. Po drugie: przywołane na początku życzenie sugeruje wprost proporcjonalną zależność między wielkością teatralnego miasta i jego potencjalnymi możliwościami artystycznymi, co jest, po prostu, snobistycznym zabobonem. Takiego związku nie ma. Ileż w Warszawie przedstawień słabych – często w gwiazdorskiej obsadzie! Nie inaczej w pozostałych wielkich ośrodkach. I na odwrót: na geograficznej prowincji można trafić na realizacje naprawdę wybitne. Nietrudno to wytłumaczyć. Dla aktorów stołecznych teatr jest tylko jednym z miejsc pracy. Niekoniecznie najważniejszym. Reklama, telenowele, dabing – tam się zarabia. Teatr jedynie płaci ZUS. Mnogość zatrudnień powoduje, że często – zwłaszcza wykonawcy popularni – załatwiają role wypróbowanymi chwytami. Sprawdziło się, podobało – no to co tu filozofować? – odbijamy pieczątkę i szlus.

Rzecz jasna tak być nie musi. Bywa inaczej. Piszę jedynie o tendencji. A w tak zwanym terenie? Przeważa chyba ciągle model: po linii najmniejszego oporu: farsa, lektura szkolna, bajka – to, to i tamto po bożemu, czyli – bezpiecznie. Żeby przyszły szkoły, a w weekendy ludzie z kasy. I żeby zrozumieli miejscowi recenzenci (bo na tych z mediów ogólnopolskich nie ma co, zazwyczaj, liczyć). Skutek podobny, jak w wypadku gwiazd: aktorska rutyna, sztampa, a w efekcie zawodowe znudzenie. Zdarzają się jednak, jak wyżej napisałem, przedstawienia niezwykłe. Artystyczne olśnienia. Jak to możliwe? Najzwyczajniej. Kiedy aktorzy dostają szansę pracy z reżyserem proponującym nie wyprodukowanie teatralnego wypieku według sprawdzonych receptur, tylko twórczą przygodę – czyli to, czym teatr, jako sztuka, być zawsze powinien – uruchamiają się w nich często niebywałe pokłady kreatywności. Brak zobowiązań artystycznych poza teatrem umożliwia im ponadto oddanie się sprawie bez reszty. Taka praca to dla nich święto. Na teatrologii pisałem pracę magisterską na temat Krystiana Lupy. To był ostatni okres jego współpracy z Teatrem w Jeleniej Górze. Siedziałem miesiącami na próbach i mogę zaświadczyć, że aktorzy, którzy nigdy przedtem i nigdy potem nie dokonali niczego godnego uwagi – u Lupy tworzyli zjawiskowe kreacje.

Ale są przecież w mniejszych ośrodkach także aktorzy wybitni. Aktorzy, którzy pracując w Warszawie czy Krakowie, bez wątpienia zyskaliby status znakomitości rozpoznawalnych od Bałtyku po Tatry, ale z tych czy innych powodów z tego zrezygnowali. Pierwszy przykład – skoro było o Jeleniej – Irmina Babińska. Od dawna na emeryturze. Pamiętam z jakim zachwytem mówił o niej Jan Peszek. Spotkali się wiele lat temu w Poznaniu. Potem Irmina przeniosła się (bodaj z jakichś rodzinnych powodów) do wspomnianego miasta i została tam do dziś. Fenomenalna aktorka, a do tego cudowny człowiek. Krótko po swoim dyplomie miałem robić z nią przedstawienie. Byłem już umówiony na realizację. Poszedłem jednak w dyrektory i sprawa przestała być aktualna. Kto spoza Jeleniej Góry i grona kolegów, którzy się z nią zetknęli na scenie, zna to nazwisko? A Tadzio Zapaśnik ze Szczecina? Zagrał u mnie w trzech przedstawieniach we Współczesnym: „Czymś w rodzaju miłości” i „Elegii dla jednej pani” Arthura Millera oraz w „Lecie Muminków” wg Tove Jansson, z muzyką Tadeusza Woźniaka. Owdowiał. Córka wyszła za mąż w Stanach. Został sam. Kiedy tylko osiągnął wiek emerytalny wyjechał do Ameryki. Komentarz jak poprzednio. A Anna Skaros, aktorka klasy Krafftówny? Zaczynała w Warszawie. Szybko jednak zbrzydł jej przymus uczestniczenia w wyścigu do kariery i na dziesięciolecia osiadła w Kielcach. Miałem zaszczyt obsadzić ją w „Kubusiu i jego panu” Kundery wg Diderota, w tytułowej roli w „Małym Księciu” wg de Saint-Exupéry’ego (grała z lalką chłopca, choć nie była lalkarką), jako Melę w „Jadzi wdowie” Ruszkowskiego/Tuwima (m.in. rewelacyjna scena parodii śpiewu operowego!), wreszcie jako Duszę w prapremierze „Rybaka i jego duszy” wg Oscara Wilde’a. Absolutny słuch aktorski na każdą z użytych przeze mnie konwencji! Niebywała plastyczność. Dziś, od lat emerytka, znów mieszka w Warszawie, oddana zajęciom rodzinnym. Zostały jej role w Teatrze Polskiego Radia. Ten głos jest nie do pomylenia z żadnym innym. Kto dziś jednak sięga do radiowych archiwów?

Kochana publiczności mniejszych ośrodków teatralnych: nie wyczekuj tęsknie na objazdowe przedstawienia z serialowymi gwiazdkami. Nie warto. Odwiedzaj regularnie swój teatr. Masz szansę znaleźć tam artystyczną jakość, której się nie spodziewałaś. Jeśli nie zawsze, to przynajmniej od czasu do czasu. Opłaca się przetrwać ileś tam przedstawień takich sobie, by trafić w końcu na to zapierające dech. To się naprawdę zdarza.

pebejot

Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

fot. Sludge G/Flickr

Tagi
Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze