News-Serwis

Felietony

Mamo, bo oni się ze mnie śmieją!

Mamo, bo oni się ze mnie śmieją!
03 sierpnia 2015
22:25

Dzieciaki to dzieciaki, powiesz. Są małe, jeszcze niewiele wiedzą, niewiele przeżyły, nie znają świata. A może znają, ale swój, dziecięcy, w trochę innych barwach i w trochę innym wymiarze niż dorośli. Mają problemy, ale co to są za problemy, w dorosłym życiu, ha, to dopiero się zacznie, to są dopiero problemy, nie byle jakie, bo dorosłe. Te ich dziecięce tarapaty i tragedie są malutkie tak jak one, urosną dopiero z czasem i będą się wtedy te dzieciaki, co płakały, bo mama zabroniła im wyjść na podwórko albo obejrzeć bajkę, śmiały z tego, że tak rozpaczały nad zakazem zjedzenia cukierka po umyciu zębów. Ale może warto się zmniejszyć na chwilę, odjąć sobie dwójkę, trójkę czy czwórkę z przodu i popatrzeć na świat z ich perspektywy. Na duży świat z perspektywy maleńkiego wzrostu.

Często nie docenia się tego, jak wielki wpływ na późniejsze życie ma dzieciństwo. Znacie to powiedzonko, że czego Jaś się nie nauczy, prawda? Roślinka rośnie takiej jakości, jak wartościową ma glebę, kiedy jeszcze jest małym nasionkiem. I może się coś z czasem zmieniać, jednak pewne kwestie zostają niezmienione od dzieciństwa. Tak pewnie jest i z wychowaniem. Jeśli wchłonie nieodpowiednie podstawy i zasady, ciężko będzie je z nich wycisnąć. Bo wchłaniają je szybko jak gąbka wodę, ale już tak szybko tej wody nie da się wycisnąć jak z gąbki.

Zawsze mi przykro, kiedy widzę okrucieństwo dzieciaków wobec dzieciaków. Wiem, że nie zawsze są świadome tego, jaką krzywdę wyrządzają koledze czy koleżance. Ale zdaję sobie też sprawę, że czasem robią to celowo. Jednak wiele też zależy od tego, czego zostały nauczone. Mam młodsze rodzeństwo, więc do sprawy podchodzę jakoś tak osobiście. I wczuwam się w sytuację dzieciaka, któremu inny dzieciak sprawi przykrość, może też dlatego, że sama jeszcze niedawno biegałam w pampersie i uczyłam się poprawnie wymawiać długie i skomplikowane wyrazy. A jeszcze bardziej rusza mnie sytuacja, kiedy takie niby błahe i drobne przykrości, niby takie słówka rzucone przez nieświadome dzieciaki dotyczą dziecka, które troszkę różni się od innych dzieci, które ma trochę większe problemy ze wszystkim, niż „zwyczajne” i „normalne” maluchy. I wtedy zadaję sobie pytanie – winne jest dziecko? Świat, który przedstawia takie a nie inne modele życia i takie a nie inne wartości? A może należy szukać bliżej – w wychowaniu, w rodzicach i ich podejściu do kształtowania charakteru swojego dziecka, które potem przenosi swoje obserwacje i podsłuchane słowa na  innych?

Smuci mnie, kiedy dziecko wytyka innemu dziecku, troszeczkę innemu niż ono – a widzi to, bo może i jest małe, ale nie głupie, widzi, że ktoś trochę odstaje od grupy, że ma problemy z tym, co dla niego wydaje się oczywiste – że ma „kuku na muniu”, że jest „zarazą”; kiedy daje mu odczuć, że nie jest takie samo, że jest gorsze, bo czegoś nie potrafi, bo czymś się różni. Bo tak potraktowany maluch nie jest na tyle dorosły co my, nie potrafi sobie powiedzieć: „nie przejmuję się, nie warto, nie można się przecież przejmować czyimś gadaniem”. Najzwyczajniej w świecie myśli wtedy, że naprawdę coś jest z nim nie tak, że jest głupie, inne, nie takie, jakie powinno być.

Kwestia jest jasna, kiedy sprawa dotyczy większego dziecka, które wyzywa inne. To oczywiste, że jako starszy ma już większy wpływ na siebie, nie przejmuje wszystkich wartości ślepo od otoczenia. Ale kiedyś przejmowało. I takie małe dziecko, od najmłodszych lat nieuczone szacunku do odmienności, empatii czy wrażliwości wobec krzywdy i ułomności, samo krzywdzi, bo nikt mu nie powiedział, że to coś złego. Nie potrafi tego ze sobą połączyć, nie potrafi stworzyć łańcucha zdarzeń, w którym coś wynika z czegoś – sprawia przykrość, nie reagując na to, że inne dziecko czuje się zranione. Albo nie rozumie łez czy smutku tej osoby, albo też woli nie rozumieć, bo to przerasta wpojone mu widzenie świata, bo nie potrafi sobie uświadomić, jak bardzo to boli.

Problem przenosi się na nas. Na rodziców, starsze rodzeństwo, dziadków takich dzieci. Czasem chorych, czasem zdrowych, ale z czymś, co je odróżnia od innych, a czego inni nie potrafią zaakceptować, bo nie rozumieją odmienności, nikt ich tego nie nauczył. Co mamy wtedy zrobić? Jak reagować? Nagadać rodzicowi takiego urwisa, nagadać urwisowi, pozostawić sprawę bez komentarza? Przytulić naszego małego, zapłakanego skarbka i tłumaczyć mu, żeby się nie przejmował, że kolega tak tylko sobie mówi a na pewno tak nie myśli, zmienić mu towarzystwo? Wiadomo, że nie zrozumie, że naprawdę nie powinno się przejmować, bo jest małe i dla niego odrzucenia rówieśników jest tragedią na skalę II wojny światowej. Więc jakie jest rozwiązanie? Nie odpowiedzą mi na to na pewno rodzice, którzy świadomie lub nieświadomie przyczynili się do tego, że ich dziecko jest okrutne dla rówieśników. Bo pewnie sami nie potrafią ocenić skali, wielkości tego problemu. Problemu większego niż ten szkrab, przewyższającego jego wzrost o wiele wyżej niż stół, który tak bardzo chce przerosnąć.


Autor: Kinga Kosiba

Fot: Sarah Horrigan / flickr.com / CC BY-NC 2.0

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze