News-Serwis

Kultura i Styl życia

Jak David Bowie wprowadził Warszawę do popkultury

Jak David Bowie wprowadził Warszawę do popkultury
11 stycznia 2016
14:09

Właściwie można zacząć tę opowieść od końca… tylko czy koniec jest uchwytny? Staje się. Konstytuuje. Nie domyka. Bo też niekończone jest oddziaływanie Davida Bowiego i jego muzyki. Oddziaływanie na publiczność i na innych twórców. Miała to dziejowe szczęście Warszawa, że za jego sprawą stała się – wcale o to nie zabiegając – częścią wielkiej, dziwnej popkultury.

Zatem prawie od końca. Rok 1994. Zespół Joy Division wydaje płytę „Warsaw”. Na płycie umieszcza utwór o tym samym tytule. Piosenka powstała jednak znacznie wcześniej. Miała się pojawić na krążku już w roku 1978. Płyta „Warsaw” miała być z kolei debiutem zespołu… Warsaw. Muzycy musieli jednak zmienić plany. W Wielkiej Brytanii aktywni byli w tym czasie pankowcy z Warsaw Pakt. Nie chcąc się kojarzyć hałaśliwi chłopcy z Salford przemianowali się na Joy Division.

A skąd Warszawa w nazwie? Wszystko przez Bowiego i jego strach przed lataniem. Wszystko przez Dworzec Gdański, plac Komuny Paryskiej, zespół „Śląsk” i górali… wszystko przez zbiegowisko okoliczności.

W 1977 r. Bowie wydał dwustronicowy album „Low”. Na stronie drugiej znalazły się przede wszystkim kompozycje instrumentalne. „Jedynką” artysta uczynił „Warszawę”. Nazwa została zapisana po polsku – co już było intrygujące. Powiedzieć o tym utworze, że jest dziwny, to powiedzieć nic. Sześciominutowe nagranie elektryzuje i niepokoi. Atmosfera zaświatów. Być może krainą spoza życia wydawała się wtedy Warszawa. Stolica skutego lodem kraju za żelazną kurtyną. Najdziwniej robi się, kiedy pośród wibrujących dźwięków odzywa się jęczący głos językiem nieznanym. Utwór może kojarzyć się z klimatem „Miasteczka Twin Peaks”. Człowiek słucha i nie wie czy to wszystko serio, ale go to dotyka, przenika, rozbiera. Zostaje w trzewiach i uciska. To była inspiracja dla Warsaw… to znaczy Joy Division.

To teraz już od początku. David Bowie w roku 1973 miał statut gwiazdy. Koncertował po całym wolnym świecie. Przy okazji zwiedzał też ziemie w okowach komunizmu. Musiał. Bał się bowiem spełnienia wizji, w której ginie w katastrofie lotniczej. Z trasy koncertowej w Japonii wracał statkiem i koleją transsyberyjską. Pociągiem przejechał z Chabarowska do Moskwy. 9 tys. km! W Moskwie pospacerował po placu Czerwonym i wsiadł w kolejny skład. Jak podawał Bartek Chaciński w 2011 r. w „Polityce” – był to pociąg Ost-West Express relacji Moskwa–Paryż. Codziennie zatrzymywał się na dworcu Warszawa Gdańska na przerwę techniczną.

W stolicy Polski Ludowej Bowie wylądował najprawdopodobniej 3 maja. Na święto się spóźnił – święto pracy – ma się rozumieć. 3 maja dzień był jak co dzień. Nie wiadomo jak długo trwała przerwa techniczna pociągu. Być może gdyby ówczesna prasa poinformowała o tranzycie wielkiego muzyka, kolejarze by coś zapamiętali. Być może przerwa nie trwała nawet godziny. Najwyraźniej to jednak wystarczyło by ciekawski obcy pod stalowym niebem pokonał pół kilometra do placu Komuny Paryskiej (obecnie pl. Wilsona). Tam wstąpił do sklepu z płytami. Pośród rodzimych wydawnictw wygrzebał winyl zespołu „Śląsk” z utworem „Helokanie” Stanisława Hedyny.

Być może nikt by się nigdy o spacerze Bowiego po Żoliborzu nie dowiedział, gdyby nie wydana w 1977 r. płyta „Low” z utworem „Warszawa”. W tej kompozycji echem odzywa się „Helokanie”. Bowie, nie rozumiejąc słów (zresztą, nawet Polak może mieć z tym problem), do zasłyszanej melodii wymyślił własne słowa. Utwór skomponował wspólnie z Brianem Eno. Helokanie oznacza nawoływanie w górach. Nawoływanie skuteczne… rozeszło się na cały świat. Brytyjczyk nic nie zrozumiał, wszystko pomieszał, ale został usłyszany.

po
fot. Sonia Golemme/Flickr

Powiązane artykuły

Komentarze