News-Serwis

Kraj

HUIUS NYMPHAE

HUIUS NYMPHAE
13 września 2015
20:09

Zaczęło się kilka lat temu od słynnej sceny wkładania przez uczniów nauczycielowi na głowę kosza na śmieci. Nakręcona komórką zabawa obiegła wszystkie telewizje z komentarzem, że mamy zwyrodniałą młodzież i nigdy wcześniej nie notowano podobnych zachowań.

Sam niedawno słyszałem od zatrudnionej w prywatnym liceum dla pracujących (niewiele starszych od młodzieży uczącej się normalnym trybem), znajomej polonistki, taką oto historyjkę. – Zadała dziewczynie proste pytanie, na które tamta nie potrafiła odpowiedzieć. Dostała więc ocenę niedostateczną. Wówczas „pokrzywdzona” wyciągnęła telefon i bez najmniejszego skrępowania, pełnym głosem zrelacjonowała koleżance zdarzenie, zaczynając tak:
K****, ty wiesz, co ta p**** mi zrobiła?

Warto przy tym pamiętać, że w szkołach, gdzie płaci się za naukę obowiązuje najczęściej zasada: dostateczny za terminowe przelewy, dobry za uczęszczanie na zajęcia, bardzo dobry za ślad jakiejkolwiek aktywności. – Bo przecież uczeń może powierzyć swą edukację – wraz z czesnym – innej instytucji.

To prawda, że podobnych zachowań młodzieży nie notowano. Nie robiono tego, bo nie pasowały do oficjalnej wersji rzeczywistości. Ale zjawisko istniało i niekoniecznie na mniejszą skalę.

Byłem bodaj w czwartej klasie podstawówki. Rysunków uczyła nas sympatyczna, spokojna nauczycielka. Tak spokojna, że lekcję prowadziła zazwyczaj według schematu: dzieci malują jesień, a ona paznokcie. Wysypywała zawartość dużej torby na stół, znajdowała lakier i skupiała się na manikiurze. – Któregoś razu siedzący w ostatniej ławce chłopiec zaczął cicho skradać się w jej kierunku po blatach ławek. Znając temperament starszego kolegi (repetował klasę), śledziliśmy akcję z zapartym tchem. Kiedy doszedł do stołu preceptorki – kopnął ją z całej siły w pochyloną nad dłońmi twarz, tak, że przewróciła się wraz z krzesłem, obsypując tysiącem leżących na pulpicie drobiazgów.

O lekcjach łaciny w liceum mógłbym napisać powieść. – Nauczycielka wezwała kiedyś do odpowiedzi koleżankę, która była córką choreografa:
– Pokaż, szczęśliwie – ulubione słówko pani profesor – co potrafisz?! – Na to wywołana wyskoczyła na środek i odtańczyła krakowiaka.
Odpytywanie, polegające na tłumaczeniu tekstów, odbywało się przy tablicy i po sprawdzeniu, czy w podręczniku odpowiadającego nic nie zostało wpisane między linijkami. – Obejście tego rzekomego utrudnienia banalne. – Kartkę z tłumaczeniem aktualnie przerabianej czytanki przypinaliśmy nauczycielce szpilką na plecach – tak, by stojąc przy łacinniczce, można było odpowiedź zwyczajnie czytać. Jeden z kolegów podczas odpowiedzi podnosił profesorce za włos perukę – ku wielkiej uciesze nas wszystkich i przy pełnej niewiedzy na ten temat właścicielki sztucznego uwłosienia. Innym razem wszczął jakąś akcję na początku lekcji. Magistra zażądała:
– Szczęśliwie, ja nie zacznę lekcji, dopóki nie wyjdziesz z klasy!
– A ja nie wyjdę z klasy, dopóki pani nie zacznie lekcji – odpowiedział, po czym odbyła się gonitwa po izbie, zakończona szamotaniną
w drzwiach. Najsłynniejszą zabawę zapoczątkowała niechcący inna koleżanka. Wezwana do odpowiedzi, zawołała:
– No, bez pierdół, bez pierdół. Dopiero co byłam pytana!
Na takie dictum nauczycielka zażądała, żeby dziewczyna wyszła za drzwi. Ta odmówiła. Wszystko, w następstwie, potoczyło się podobnie, jak przy poprzednio. Z tą różnicą, że gdy profesorka szarpała się z moją koleżanką w drzwiach – na korytarzu pojawiła się dyrektorka. Weszła do klasy i usiadła sobie przy ostatnim stoliku, w środkowym rzędzie. Nie minęło kilka minut, gdy pojawił się spóźniony kolega, który przez całą długość pomieszczenia rzucił torbę z książkami tam, gdzie miał zwyczaj siedzieć – na koniec. – Nieoczekiwana wizytatorka musiała się uchylić, żeby wyjść z tego bez szwanku.
– Może parę słów wytłumaczenia – poprosiła przybyłego lodowato.
Kiedy zarządziłem, że przez całą lekcję będziemy mruczeć – Magistra napisała w dzienniku uwagę: „Klasa mruczy”. Innym razem wymyśliłem, że wejdziemy na lekcję na czworakach i tyłem, po czym usiądziemy zwróceni do nauczycielki plecami. – I to zniosła, prowadząc zajęcia tak, jakby wszystko odbywało się normalnie.
Kiedy indziej przyniosłem do szkoły surowe jajko i mały słoik.
Z ostatniej ławki, gdzie siedziałem, posłałem nabiał do przodu,
z poleceniem, by położyć go łacinniczce na dzienniku. – Ta spokojnie obiekt odsunęła, pytając:
– Szczęśliwie – po co mi to jajko?
Przesyłka wróciła do mnie. Z kolei wbiłem jajko do słoika i wyekspediowałem, jak poprzednio. Reakcja się powtórzyła. Wreszcie wstrzyknąłem do naczynia atrament z wiecznego pióra i wszystko zabełtałem. – Ale i to nie wyprowadziło nauczycielki z równowagi.
Magistra nie mogła pojąć, dlaczego rżymy ze śmiechu, gdy trafiamy w czytance na słowa: … huius nymphae…
Życzyła sobie, by pod każdą lekcją ozdobnie wpisywać do kajetu łacińskie sentencje. Wyciskałem z mazaków na kartkę różnokolorowe tusze i składałem zeszyt, uzyskując w ten sposób abstrakcyjną, barwną mozaikę. Profesorka wpisywała wówczas uwagę: „Pisz sentencje staranniej”.

Łacina mnie interesowała. Była obecna w domu, matka używała jej zawodowo. – Mój późniejszy stosunek do lekcji Magistry był prostą konsekwencją sytuacji, gdy po raz pierwszy zostałem odpytany. Za bardzo dobrą odpowiedź dostałem ocenę dostateczną. Pani profesor wyszła bowiem z założenia, że jej przedmiotu nikt się uczył nie będzie – i tego się, konsekwentnie, trzymała. – Za śmietnik na swojej głowie odpowiada nauczyciel. Zawsze.

Pebejot

Piotr-Bogusław Jęd575024_3567067063061_297196024_n kopiarzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

 

 

 

fot. alamosbasement / flickr.com

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze