News-Serwis

Kraj

Historia: Krwawa geneza powiedzenia „pleść jak Piekarski na mękach”

Historia: Krwawa geneza powiedzenia „pleść jak Piekarski na mękach”
27 listopada 2015
12:01

Pleść jak Piekarski na mękach – to powiedzenie, którego początki sięgają XVII wieku. Wiążą się z próbą niewybaczalnej zbrodni i okrutną karą.

Rzeczpospolita szczyciła się brakiem królobójstw. Władca mógł być okrutny i zdradziecki, ale jego majestat był święty. W całej historii dynastii Piastów, Jagiellonów a potem władców elekcyjnych nie było przypadku ukatrupienia króla. Nie znaczy to, że nie podejmowano prób. Stanisława Augusta Poniatowskiego raniono w głowę i uprowadzono. Życia go jednak nie pozbawiono. Znacznie poważniej wyglądała za to sprawa Zygmunta III Wazy. Król by niechybnie zginął, gdyby nieco mniej szalony a bardziej sprawny był zamachowiec.

Rzecz działa się 15 listopada 1620 w Warszawie. Pewien szlachcic sandomierski Michał Piekarski oczekiwał króla w pobliżu kolegiaty. Zygmunt III z Zamku, jak zwykle, udawał się pieszo na nabożeństwo. Uzbrojony w czekan Piekarski zamachnął się na władcę. Zranił go w głowę. Nie zdążył dopełnić dzieła królobójstwa. Został powstrzymany przez świtę władcy – przede wszystkim marszałka nadwornego koronnego Łukasz Opalińskiego i królewicza Władysława, który szablą wycinał rany na głowie zamachowca.

W czasie śledztwa Piekarskiego poddano wymyślnym torturom. Sądzono bowiem, że jest on tylko wykonawcą zbrodni zleconej przez nieznanych mocodawców. Na niekorzyść Piekarskiego świadczyło jego wyznanie – był kalwinistą, co w okresie walki z reformacją (Zygmunt III był zaciekłym obrońcą katolicyzmu) miało duże znaczenie. Okazało się jednak, że Piekarski działał w pojedynkę a od młodości cierpiał na chorobę psychiczną – bywał nieprzewidywalny i porywczy. W czasie składania zeznań – w obliczu okrutnych tortur – bredził, zmieniał wersje. Od tej pory, kiedy ktoś mówi od rzeczy mówi się, że plecie jak Piekarski na mękach.

Koniec szlachcica sandomierskiego był przykry, ale spektakularny. W Rzeczpospolitej trudno było wyobrazić sobie większą zbrodnię jak napaść na króla. Sąd sejmowy skazał zatem Piekarskiego na odebranie szlachectwa i śmierć. Śmierć – trzeba dodać – okrutną. Wyrok brzmiał:

czterema końmi ciało na cztery części roztargane, a obrzydłe trupa ćwierci na proch na stosie drzew spalone zostaną. Na koniec proch, w działo nabity, wystrzał po powietrzu rozproszy

Egzekucji dokonano na Rynku albo na dawnym placyku Piekiełko (na którym też palono na stosie!). Najpierw Piekarskiemu podano do ręki czekan. Rękę wsadzono w ogień, następnie poparzoną kończynę odcięto. Piekarskiego spoliczkowano, odbierając mu w ten sposób resztki honoru. Finałem tych krwawych i obserwowanych przez gawiedź igrzysk było rozerwanie zbrodniarza końmi. Nie był to jednak koniec pastwienia się nad szczątkami zamachowca. Jego rozerwane ciało spalono, roztarto na proch i wystrzelono z armat poza obwarowania miejskie. Egzekucji dokonano 27 listopada 1620 r.

Po tym zdarzeniu zdecydowano o zwiększeniu troski o bezpieczeństwo króla. Wybudowano łącznik pomiędzy Zamkiem a kolegiatą, żeby władca mógł bezpiecznie udawać się na nabożeństwa. Murowany łącznik istnieje do dziś.

Piotr Otrębski
fot: Wikimedia Commons

Powiązane artykuły

Komentarze