News-Serwis

Kultura

Głowa pełna filmów. Kino według Tarantino

Głowa pełna filmów. Kino według Tarantino
29 stycznia 2016
11:44

Quentin Tarantino to z pewnością jedna z najbarwniejszych postaci współczesnego kina. Jego najnowszy film – „Nienawistna ósemka” – od chwili premiery budzi skrajne reakcje publiczności i krytyków. Jest też dobrą okazją, żeby przypomnieć niecodzienną historię niepokornego geniusza-samouka.

Twórca „Nienawistnej ósemki” jest nazywany geniuszem właściwie od początku swojej wielkiej kariery. To znaczy: od czasu „Wściekłych psów” (jego reżyserski debiut w 1992 roku), a już na pewno od czasu „Pulp Fiction” – jednego z tych niewielu filmów, które każdy bez wyjątku uczestnik życia kulturalnego powinien zobaczyć. Ten pierwszy – kameralna, ale trzymająca w napięciu historia nieudanego skoku na jubilera, której scenariusz na tyle zachęcił do siebie odtwórcę jednej z głównych ról Harveya Keitela, że ten użył swoich kontaktów, by zwiększyć budżet debiutu reżyserskiego Tarantino z 35 000 do 1 500 000 dolarów. Ten drugi – zapewne jeden z kandydatów do tytułu filmu wszech czasów, który w 1994 roku sprzątnął sprzed nosa Krzysztofowi Kieślowskiemu Złotego Globa. Nie tylko polski reżyser pytał wtedy kim jest Tarantino i skąd się wziął, ale cały filmowy świat. Ale od początku.

Genialny dzieciak

Początki kariery Tarantino i droga, którą przebył, by zapukać do drzwi Hollywood obrosły legendą. Podobno od wczesnego dzieciństwa Quentin najbardziej lubił oglądać wraz z matką Connie filmy, często niezbyt dobrze dopasowane do jego wieku. Kiedy miał 16 lat – za zgodą matki rzucił znienawidzoną szkołę (jak wspominał później, jedynym przedmiotem, który go interesował była historia). Pracował między innymi w kinie porno, z którego wyrzucono go, gdy wydało się, że wcale nie ma ukończonych 18 lat. W wieku 22 lat Tarantino zatrudnił się w jednej z wypożyczalni kaset wideo, gdzie „uczył się fachu”. W jaki sposób? Nie tylko po godzinach, ale również w godzinach pracy oglądał wszystkie filmy, na jakie miał ochotę: zarówno te przynależące do kina klasy B i C, jak i arcydzieła francuskiej nowej fali. W tym samym czasie młody Tarantino uczył się aktorstwa, a także… pisał scenariusz.

Właśnie ten scenariusz otworzył Tarantino drzwi do kariery. Podobno był napisany bez znajomości technicznych zasad sztuki – twórca własnymi słowami opisywał sceny, zamiast trzymać się twardo obowiązujących w Hollywood reguł zapisu. Nie dziwi to o tyle, że Tarantino nigdy nie uczył się w szkole filmowej, a tajniki reżyserii i scenopisarstwa zgłębiał samodzielnie. Scenariusz, nad którym pracował z wypiekami na twarzy, okazał się interesujący, ale zbyt długi. Młody twórca nie namyślając się długo zrobił więc z niego dwie odrębne historie. Obie sprzedał. Jedną Tony’emu Scottowi, twórcy „Top Gun”, drugą Oliverowi Stone’owi, znanemu z takich filmów jak „Pluton” i „JFK”.

Sekwencja otwierająca "Wściekłe psy", fot. screen

Sekwencja otwierająca „Wściekłe psy”, fot. screen

Nakręcony przez Scotta „True Romance” spodobał się młodemu twórcy, ale za to, co Oliver Stone zrobił ze scenariuszem „Urodzonych morderców” Tarantino będzie miał do niego żal jeszcze długo. Nie sprzedane scenariusze były już jednak dla Quentina najważniejsze, ale pieniądze, które na nich zarobił i które miały mu posłużyć do sfinansowania kolejnego projektu. Tym razem chciał nie tylko napisać scenariusz, ale samemu stanąć za kamerą. „Wściekłe psy” zadebiutowały na znanym festiwalu kina niezależnego Sundance, szybko znalazły dystrybutora w postaci Miramax Films, a następnie uczyniły z reżysera jedną z najgorętszych postaci w branży. Krytycy pisali o doskonałości formalnej i przemyślnych nawiązaniach do klasyki kina, a szeroką publiczność szokowała brutalność obrazu. Tarantino niemal z miejsca stał się jednym z symboli filmowego postmodernizmu. Późniejszy o dwa lata „Pulp Fiction” tylko pomnożył sukces reżysera, a do kompletu zasług zabrakło mu chyba tylko Oscara dla najlepszego filmu. Jednak trzeba przyznać, że „Forrest Gump”, który tamtego roku zgarnął statuetkę chyba bardziej pasował do tej nagrody.

Myśleć filmem

Wspomniane reakcje trafnie wychwyciły od początku jasno zdefiniowany styl Tarantino. Twórca wydaje się być ekspertem w wiedzy o filmie, a szczególnie jeśli chodzi o specyficzne, pomniejsze podgatunki kinematografii. Przykłady łatwo znaleźć, bo wykorzystywanie zapożyczonych schematów i aluzje do różnego typu dzieł i nurtów to wyznaczniki stylu twórcy „Wściekłych psów”. Na przykład nieco zapomniany, stworzony wedle gatunkowych reguł film „Jackie Brown” jest hołdem Tarantino dla filmów nurtu blaxploitation, czyli nurtu filmów klasy B, w których bohaterami byli czarnoskórzy mieszkańcy Stanów Zjednoczonych. Jedną z ról w filmie gra zresztą Pam Grier, jedna z gwiazd kina blaxploitation w latach siedemdziesiątych i aktorka, którą Tarantino zawsze podziwiał. Dalej: dwie części „Kill Billa” trawestują przede wszystkim schematy azjatyckiego kina akcji i spaghetti westernów z pod znaku Sergio Leone. Z kolei „Grindhouse: Death Proof” cały jest jednym wielkim ukłonem w stronę filmów klasy B, wyświetlanych kiedyś w amerykańskich kinach samochodowych. Do tego stopnia, że może się obronić tylko w przypadku, gdy widz jest nastawiony na obraz z premedytacją „zły”. Co ciekawe, dylogii Grindhouse, w skład której wszedł jeszcze „Planet Terror” Roberta Rodrigueza, towarzyszyły także elementy otoczki kojarzącej się z kinem samochodowym. Mianowicie puszczane przed seansami stylizowana reklama wyreżyserowana przez Tarantino oraz zwiastuny nieistniejących filmów zrobione przez Eli Rotha, Roba Zombie’go i Roberta Wrighta.

Umiejętne zapożyczenia to jednak oczywiście nie jedyna z zalet filmów twórcy „Pulp Fiction”. Nawet pomimo tego, że sam Tarantino – jak wielu innych największych twórców – przyznaje, że wielki artysta musi kraść. Tarantino jest uznawany za mistrza scenariusza. Jego prace charakteryzuje maestria kompozycji (często z wykorzystaniem zaburzenia chronologii akcji) i długie, dłuższe niż zazwyczaj w kinie błyskotliwe dialogi przeplatane często pełnymi przemocy scenami akcji. Autor „Wściekłych psów” robi długie filmy, które jednak w jakiś sposób nie skłaniają widza do częstego spoglądania na zegarek. Weźmy ostatni, czyli „Nienawistną ósemkę” – seans trwa sporo ponad trzy godziny. Upływu czasu podczas seansów z Tarantino nie czuć dlatego, że w niespotykanym stopniu opanował on umiejętność filmowego opowiadania. Dialogi, akcja – wszystko nieprzerwanie trzyma w napięciu i upstrzone jest wieloma niespodziewanymi zwrotami akcji. Warto pamiętać, że autora „Pulp Fiction” tych zasad nie nauczyli filmowi akademicy, ale liczone pewnie w dziesiątkach tysięcy seanse filmowe. Częste porównanie, które w pewien sposób oddaje istotę rzeczy: Tarantino jest twórcą, który jak gdyby myśli scenami filmowymi.

Miłość, równość, braterstwo

Od początku kariery Quentin Tarantino był oskarżany o propagowanie w swoich filmach bezrefleksyjnej przemocy. Ta właściwość jego twórczości nie zmieniła się do dziś – „Nienawistna ósemka” jest zresztą być może najbardziej brutalnym z jego filmów. Od czasu debiutu u twórcy „Pulp Fiction” stopniowo pojawiła się jednak nowa jakość. Chodzi o wymiar etyczny. Dociekliwy widz dostrzeże to bez trudu. Wspomniany „Jackie Brown” to film nawiązujący do tradycji kina afroamerykańskiego o wektorze zdecydowanie emancypacyjnym. W osławionych „Bękartach wojny”, z pamiętną rolą Christophera Waltza, Tarantino pokazał koszmar II wojny światowej. Pokazał go oczywiście w swoim stylu, w sposób śmieszno-straszny, ale udało mu się osiągnąć coś w tej konwencji nieoczywistego. Mimo ryzyka spłaszczenia etycznego wymiaru tematu, za który wziął się reżyser – nazizm pozostaje u Tarantino bezdennym złem, tak samo zresztą jak złem jest cała wojna, która z każdego wyciąga to, co w nim najgorsze. Następnie „Django” – western z emancypującym się czarnym niewolnikiem w roli protagonisty. Wreszcie, w „Nienawistnej ósemce” fontanna krwi i festiwal przemocy zwieńczone są w końcówce filmu symbolicznym obnażeniem hipokryzji leżącej u samych fundamentów amerykańskiego społeczeństwa. Obrazoburca i postmodernistyczny wirtuoz właściwie stał się w ostatnich latach twórcą jawnie zaangażowanym.

Tarantino zapowiada, że zamierza zakończyć karierę reżysera na dziewięciu filmach. Jeśli liczyć „Kill Billa” jako jeden film i brać pod uwagę tylko te pełnoprawne, nakręcone przez niego w całości, „Nienawistna ósemka” jest jego ósmym dziełem (co zresztą sprytnie potwierdza sam tytuł). Dziewiątym filmem będzie prawdopodobnie zapowiadany już od dłuższego czasu prequel do „Bękartów wojny”. Oczywiście o ile jesteśmy w stanie uwierzyć w to, że reżyser będący jednocześnie prawdziwym maniakiem kina, może kiedykolwiek twórczo zamilknąć. Albo, że widzom nie będzie dane obejrzeć więcej scen podobnych do słynnej interpretacji „Like a Vigrin” Madonny ze „Wściekłych psów” albo brawurowej gry „w karteczki” z „Bękartów wojny”. Nie, niemożliwe. Tarantino na pewno tylko z nami pogrywa.

Radek Pulkowski

fot. Gage Skidmore/Flickr

Powiązane artykuły

Komentarze