News-Serwis

Inne

Gdynia polskim Roswell? Niewyjaśnione zdarzenie w gdyńskim porcie i inne lądowania UFO nad Wisłą

Gdynia polskim Roswell? Niewyjaśnione zdarzenie w gdyńskim porcie i inne lądowania UFO nad Wisłą
21 stycznia 2016
07:00

Dziś przypada rocznica najgłośniejszej sprawy, która stała się przedmiotem badań polskich ufologów. O godzinie szóstej rano 21 stycznia 1959 roku do basenu portowego w Gdyni wpadł niezidentyfikowany obiekt latający. Z jednej strony rozpalił on wyobraźnię, a z drugiej – wzmógł czujność. Podobnie jak większość historii tego typu, dla wielu gdyński incydent jest natomiast okazją do uśmiechnięcia się z niedowierzaniem.

Jeden ze zwykłych poranków w gdyńskim porcie został zakłócony zupełnie niespodziewanie. Nagle uszu robotników dobiegł nieprzyjemny zgrzyt przypominający tarcie dwóch metali. Niezidentyfikowany obiekt wielkości dwustulitrowej beczki runął z przestworzy wprost do wody. Jak wspomina jeden z pracowników portu – obiekt płonął i wręcz rozświetlał czarne o tej porze niebo.

Co wydarzyło się w Gdyni?

Dziwne zjawisko nie mogło ujść uwadze pracowników portu, jednak o godzinie szóstej rano było ich tam niewielu. Później zaś niewielu z tych, którzy byli świadkami lądowania – wypowiadało się o sprawie. Inżynier Alojzy Data – jeden z niewielu mówiących – wspomina, że dziwny przedmiot został wyłowiony z wody, ale nikt z obecnych nie wiedział z czym właściwie pracownicy portu mają do czynienia. – Był to walcowaty pojemnik jakby z folii szklanej, wypełniony rdzawą cieczą o wiele cięższą od wody. Nasze laboratorium bardzo bało się sprawdzić ten pojemnik. Wie pani, po wojnie dno morza usiane było różnymi świństwami. Podejrzewano, że to może być iperyt albo fosgen. Problem został rozwiązany w bardzo prosty sposób: natychmiast pojawił się pracownik Urzędu Bezpieczeństwa, który zabrał znalezisko. I tyle je widzieliśmy – opowiadał inżynier Data przepytującej go dziennikarce.

Port w Gdyni w latach 60., fot. domena publiczna

Port w Gdyni w latach 60., fot. domena publiczna

Sprawą zainteresowała się prasa. Kilka dni po znalezieniu dziwnego obiektu w gdyńskim porcie ukazał się artykuł w „Wieczorze Wybrzeża”. Dwa dni po niewyjaśnionym zdarzeniu do redakcji zadzwoniło bowiem małżeństwo pracowników portu, którzy opowiedzieli o tym, że 21 stycznie o godzinie szóstej rano widzieli nadlatujący nad miasto latający talerz. Najpierw na moment zawisł nad Gdynią, a później spadł wprost do morza. Oto w jaki sposób „Wieczór Wybrzeża” pisał o obiekcie: „Zaobserwowany obiekt był dużych rozmiarów i miał kształt koła. Talerz ten był koloru pomarańczowego, jego brzegi zabarwione były na różowo. Obiekt nadleciał od strony miasta i wykonując gwałtowny manewr, jakby chciał uniknąć rozbicia się o ląd, spadł prawie pionowo do wód portu”. Z kolei osobą, która jako pierwsza powiadomiła o zdarzeniu milicję był Jan Blok, inny pracownik portu.

Kilka teorii

Wiele wskazuje na to, że za hipotezę o Niezidentyfikowanym Obiekcie Latającym mogły być odpowiedzialne służby bezpieczeństwa. Doszukiwanie się w obiekcie UFO miałoby zatuszować to, czym przedmiot mógł być w rzeczywistości, choć trzeba przyznać, że byłby to dość niecodzienny pomysł. Wyjaśniałoby to milczenie większości świadków, a także opóźnioną reakcję tych, którzy zdecydowali się o niecodziennej sytuacji opowiedzieć. Ufolodzy twierdzą, że obiekt mógł być uszkodzoną satelitą szpiegowską, której znalezienie chciały ukryć przed opinią publiczną zarówno służby z Polski, jak i z ZSRR. Dziwny obiekt bardzo szybko został zresztą przewieziony za nasza wschodnią granicę, gdzie wszelki słuch o nim zaginął.

Niezidentyfikowany obiekt spadający do Bałtyku został po latach przypomniany przez Bronisława Rzepeckiego, jednego z czołowych polskich ufologów i twórcę magazynu „UFO”. Poinformował on, że w książce „The Flying Saucers” Arthura Shuttlewooda znalazł zapiski informujące o jeszcze jednym, sąsiadującym czasowo incydencie. Według Rzepeckiego, kilka dni po wpadnięciu Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego do morza strażnicy portowi znaleźli na plaży dziwną postać. W swoich doniesieniach o niej Shuttlewood powoływał się na polskiego informatora.

Według Rzepeckiego i Shuttlewooda nie mówiła ona w żadnym znanym języku, a część jej ciała była spalona. Była też ubrana w niespotykany strój z nieznanego materiału, który trudno było rozciąć. Postać miała posiadać inną budowę wewnętrzną niż ludzie, inną liczbę palców (nie odnotowano ile dokładnie ich było), a także dziwną bransoletę na ręku. Zdjęcie jej spowodowało podobno śmierć tajemniczej istoty. Rzepecki podpiera się tutaj również dokumentami, które rzekomo zostały odnalezione przez pewnego oficera podczas zbierania materiałów potrzebnych do napisania pracy doktorskiej. Informacja o dziwnej istocie nie znalazła oczywiście żadnego oficjalnego potwierdzenia.

Na pewno UFO?, fot. Peter Anderson/Flickr

Na pewno UFO?, fot. Peter Anderson/Flickr

Wyobraźnia ufologów nie przestała działać na najwyższych obrotach także jeszcze później. Ukrainiec Anton A. Anfałow oraz Adam Chrzanowski z Golubia-Dobrzynia twierdzą, że aby dowiedzieć się, co takiego wpadło do Bałtyku 21 stycznia 1959 roku, należy cofnąć się w czasie do grudnia roku poprzedzającego. W grudniu 1958 roku został wystrzelony na orbitę okołoziemską amerykański satelita SCORE, który – jak podaje literatura specjalistyczna – miał być zestrzelony właśnie 21 stycznia. Jako że satelita należał do najnowszych osiągnięć amerykańskiej technologii, Rosjanie uczestniczący w wyścigu kosmicznym nie mogli przepuścić okazji, by go zbadać. Nigdy jednak nie potwierdzono, że znaleziony przedmiot był właśnie fragmentem amerykańskiej satelity. Jeśli tak wyglądała prawda – ujawnianie jej z pewnością nie leżało w interesie ZSRR, który wolał udawać, że nad jego terytorium wpływów nie może znajdować się amerykański sprzęt szpiegowski.

Krewniacy gdyńskiego UFO

Jako „polskie Roswell” zapisało się na kartach historii właśnie wydarzenie w Gdyni. Nie znaczy to jednak, że na terenie Polski nie dochodziło do innych, podobnych incydentów, które były pożywką dla ufologów i autorów rozmaitych spiskowych teorii. Jeden z nich wydarzył się w Węgorzewie na Mazurach, gdzie niezidentyfikowany obiekt spadł z nieba na teren poligonu podczas ćwiczeń.

Tak pisała o sprawie „Gazeta Olsztyńska”: „Około 17:30 dwóch żołnierzy widzi dużą smugę jasnego ognia przemieszczającą się z południa na północ, w kierunku z nieba do ziemi. Zjawisko trwało zaledwie minutę. Obiekt znika. Raptem słychać przytłumiony przez drzewa huk. Meteoryt? Nagle sygnał z radiostacji: Udać się na miejsce katastrofy. Niczego nie dotykać, zabezpieczyć miejsce wypadku wojskowego statku powietrznego.”

O tym, że znaleziony w Węgorzewie obiekt przypominał pojazd poinformował wspominanego już Bronisława Rzepeckiego jedynie „anonimowy informator”. Wątpliwości co do prawdziwości zeznań może mieć zatem nawet sam ufolog. Tym bardziej, że mniej lub bardziej nieudolnych mistyfikatorów nie brakuje. W 2012 roku na jednym z ufologicznych forów internetowych inny informator przekazywał wiadomości o rzekomej „maszynie”, która na oczach jego i jeszcze kilku innych osób rozpadła się w powietrzu. Maile o podobnej treści wysyłał on również do prasy i telewizji. Rzekome zdarzenie miało miejsce w Leoncinie obok Puszczy Kampinoskiej. Szybko okazało się jednak, że w miejscowości nikt inny o sprawie nie słyszał, zaś za model do wykonywania zdjęć UFO posłużyła nieudolnemu oszustowi puszka po karmie dla psów…

W porównaniu do spraw takich jak ta w Leoncinie, sprawa gdyńska jest całkiem wiarygodna. Szereg świadków potwierdzał, że istotnie na port w Gdyni coś spadło, po czym zostało wyłowione z wody oraz zabrane przez służby. Tylko, że ze służbami miał ten przedmiot zapewne więcej wspólnego niż z obcymi człowiekowi cywilizacjami. Nawet w przypadku, jeśli nie był to satelita wywiadowczy.

Radek Pulkowski

fot. DragonRal/Flickr

Powiązane artykuły

Komentarze