News-Serwis

Opinie i komentarze

Fenomen Państwa Islamskiego

Fenomen Państwa Islamskiego
14 listopada 2015
11:30

Czym w istocie jest Państwo Islamskie? Organizacją terrorystyczną, zagrożeniem dla naszej cywilizacji, spełnieniem marzeń o czystym islamie, alternatywą dla pustki duchowej czy może ostatnią nadzieją dla zawiedzionych, rozczarowanych, pozbawionych szans, pracy i przyszłości?

Aleksander Głogowski

O istnieniu państwa stanowią trzy główne elementy: terytorium, ludność i władza suwerenna. Państwo Islamskie można opisać za ich pomocą, ale nie będzie to pełna identyfikacja. Problemem jest bowiem jednoznaczne określenie jego obszaru.

Podstawą rządów grupy ludzi używających nazwy Państwo Islamskie i sprawujących na sporym terytorium Iraku i Syrii suwerenną władzę nad mieszkającą tam ludnością jest prawo szariatu, a ściślej – radykalna odmiana odwołująca się do salafizmu. Nie jest aż tak istotna kwestia legitymizmu tego państwa, a zwłaszcza jego władz suwerennych, gdyż jego istnienie jest faktem empirycznym. Problemem wydaje się jednoznaczne określenie terytorium PI. Nie można tego zrobić za pomocą dwóch historycznych nazw: Irak i Lewant. Pierwsze odnosi się bowiem do tworu brytyjsko-francuskiej kolonizacji terytoriów dawnej Turcji leżących w widłach Tygrysu i Eufratu, drugie zaś pochodzi z języka włoskiego i było używane już w średniowieczu. Sprawę komplikuje także uznawanie zwierzchności ISIS (ang. Islamic State of Iraq and Sham) przez lokalne organizacje terrorystyczne od Afryki (Boko Haram z pogranicza Nigerii i Czadu) po Afganistan. Mamy więc do czynienia z państwem in statu nascendi, ustalającym dopiero swój kształt terytorialny, ale jednocześnie zaprowadzającym drakońskie porządki tam, gdzie może swoją suwerenność rozciągnąć. Sytuacja przypomina zatem słynne zdanie Mieczysława Moczara o Związku Sowieckim, „którego granice są dziś tu gdzie są, a jutro kto wie – może na Atlantyku?”. Gdyby owa władza suwerenna ograniczała się we wprowadzaniu „swoich porządków” do zajmowanego terytorium Iraku i Syrii, to w zasadzie można by uznać problem za marginalny, wręcz nieistotny z punktu widzenia Zachodu. Jednak maksymalizm i brak – z naszego punktu widzenia – racjonalnych ram ekspansji powodują, że nie możemy biernie akceptować istnienia tego tworu politycznego.

Państwo Islamskie jest (w czym twórczo rozwija metodę działania al-Kaidy) swego rodzaju „franczyzą zła”. Marką, która budzi strach i zainteresowanie świata Zachodu, a zwłaszcza środków masowego przekazu. Użycie nazwy Państwo Islamskie czy Daesz od razu przyciąga uwagę prasy. To zachęca różne (często małe i do tej pory kompletnie nieznane) grupy radykałów do jej używania. Trudno jednoznacznie wskazać, czy owe organizacje z bardzo odległych od Iraku części świata posiadają jakiekolwiek związki z ISIS, czy jedynie posługują się tą nazwą z wymienionych wcześniej przyczyn. Z punktu widzenia głównego celu każdej organizacji terrorystycznej, jakim jest osiągnięcie maksymalnego rozgłosu, jest to bez znaczenia. Ważne, że na Zachodzie tworzy się poczucie zagrożenia przed omnipotentną, wszechobecną organizacją, która może zniszczyć naszą cywilizację. Propaganda ta jest adresowana do dwóch rodzajów adresatów. Z jednej strony jest to szeroko rozumiany Zachód, który jest poddawany naciskowi, by zaprzestał ekspansji w państwach muzułmańskich. Z drugiej strony są to wyznawcy islamu, dla których ISIS chce wykreować się na organizm zdolny skutecznie walczyć z Zachodem, odwrócić dotychczasowy kierunek ekspansji i co najmniej odbić to, co ich zdaniem zostało utracone.

Państwo Islamskie jest (w czym twórczo rozwija metodę działania al-Kaidy) swego rodzaju „franczyzą zła”. Marką, która budzi strach i zainteresowanie świata Zachodu, a zwłaszcza środków masowego przekazu. Użycie nazwy Państwo Islamskie czy Daesz od razu przyciąga uwagę prasy. To zachęca różne (często małe i do tej pory kompletnie nieznane) grupy radykałów do jej używania.

W takim kształcie ISIS nie można sprowadzić do roli organizacji terrorystycznej, jaką była al-Kaida. Osama bin Laden nie podejmował żadnych kroków, by uzyskać kontrolę nad jakimś terytorium. Starał się propagować salaficką interpretację islamu, ale bez prób utworzenia władzy suwerennej, która mogłaby kontrolować jej przestrzeganie. ISIS natomiast konsekwentnie dąży do uzyskania terytorialnego zaplecza dla swojego funkcjonowania. Odnosi przy tym spektakularne sukcesy. Nie ma tu miejsca na pogłębioną analizę przyczyn tych zwycięstw nad rządową armią Iraku, należy jednak zauważyć fakt, że w odróżnieniu od al-Kaidy czy sprzymierzonych z nią afgańskich talibów, siły ISIS odnoszą spektakularne zwycięstwa nad regularnymi wojskami, szkolonymi przez supermocarstwo, zdobywając na nich cenny sprzęt wojskowy. Z pewnością istotną rolę w tym procesie odgrywają zawodowi oficerowie i podoficerowie armii irackiej Saddama Husseina, których w procesie „odbudowy Iraku” Amerykanie uznali za zbędnych. Państwo Islamskie ma zatem armię, która posiada na tyle znaczącą wartość bojową, że nie radzą sobie z nią ani formacje ochotnicze Kurdów, ani wojska Syrii i Iraku wspierane przez zachodnie lotnictwo. W ten sposób ISIS zdobywa rozgłos, a w świecie islamu opinię jedynej siły mogącej jak równy z równym walczyć z Zachodem.

Syria_and_Iraq_2014-onward_War_map

legenda 1

ISIS może zanotować na swoim koncie także innego rodzaju sukcesy. Należy pamiętać o okolicznościach powstania tego tworu. Zapełniło ono próżnię polityczną powstałą po obaleniu Saddama Husseina oraz na terenach, nad którymi utracił skuteczną kontrolę Bashar Al Assad. Dla zachodniego czytelnika może to brzmieć dość egzotycznie, ale dla ludzi, którzy musieli żyć w warunkach tzw. państwa upadłego, gdzie praktycznie nie funkcjonowała żadna władz i nie obowiązywało żadne prawo, pojawienie się jakiejś władzy suwerennej, mogącej zaprowadzić bezpieczeństwo i porządek publiczny było doświadczeniem pozytywnym. Inaczej mówiąc, dla tych ludzi nawet najbardziej drakońskie prawo jest lepsze od anarchii i rządów silniejszego. ISIS przy całym swoim okrucieństwie jest przewidywalne, w odróżnieniu od lokalnych band rabunkowych i zdemoralizowanych dezerterów. Zatem przynajmniej na początku ludzie akceptowali takie rządy, bo dawały pewną nadzieję na porządek i bezpieczeństwo. Oczywiście, nie dotyczyło to mniejszości religijnych, których stopień zagrożenia znacząco wzrósł.

Zaprowadzenie drakońskiego porządku na kontrolowanych przez siebie terytoriach pozwoliło ISIS na ukonstytuowanie lokalnych władz, a wraz z nimi aparatu podatkowego. Uzyskano także dostęp do infrastruktury związanej z wydobyciem ropy naftowej. ISIS weszło zatem w posiadanie źródeł dochodu, a więc i finansowania własnej działalności, pozwalającego na realizowanie podstawowych funkcji, jakie każde państwo powinno posiadać. Opanowanie roponośnych terenów pogranicza Iraku i Syrii spowodowało, że PI może o wiele skuteczniej kontrolować swoje rosnące terytorium niż miało to miejsce w przypadku afgańskich talibów. Nie oznacza to jednak, że nie korzysta – podobnie jak oni – z przestępczych źródeł dochodów. Pojawiają się coraz liczniejsze dowody na to, że ISIS pobiera opłaty od ludzi, którzy chcą z jego terytorium uciec na Zachód. Sam handel ludźmi jest zjawiskiem bardzo starym i dobrze zbadanym. Natomiast po raz pierwszy w czasach nam współczesnych stał się źródłem finansowania państwa. Poza tym oczywiście jest nim także handel bronią i materiałami wybuchowymi. Można się spodziewać, że na fali nagłaśnianego w mediach niszczenia zabytków światowego dziedzictwa kultury na czarny rynek trafią także relikty z wykopalisk archeologicznych i muzeów Syrii i Iraku. Jeśli pozwolą na to warunki geologiczno-klimatyczne, ISIS może także (podobnie jak talibowie) zacząć czerpać zyski z produkcji i handlu narkotykami. Tradycyjnie może także liczyć na hojne wsparcie finansowe radykałów z państw naftowych.

ISIS jako rewolucja społeczna
ISIS jest także zjawiskiem społecznym. Bez zwrócenia uwagi na ten wymiar nie zrozumiemy spektakularnych sukcesów tego bytu politycznego. Generalnie, fundamentalizm islamski nie jest zjawiskiem szczególnie nowym, ale też nie jest tak stary jak islam. Jego genezy należy szukać w XIX w., gdy mocarstwa europejskie odnosiły spektakularne sukcesy, przejmując kontrolę nad arabskimi ziemiami dawnego Imperium Osmańskiego. Był odpowiedzią na kolonializm. Próbą wyjaśnienia słabości świata islamu wobec świata Zachodu i odejściem od religijnych pryncypiów. Powstałe w pierwszej połowie XX w. organizacje Bracia Muzułmanie w Egipcie i Jamaat-e-Islami w Indiach (obecnie Pakistan) formowały ideologicznie kolejne pokolenia młodych radykałów. W latach po II wojnie światowej Bracia Muzułmanie stali się główną organizacją opozycyjną względem reżimów wojskowych opartych na arabskim socjalizmie w Egipcie i Syrii. Stali się naturalnymi przeciwnikami wszelkich sekularystycznych rządów w świecie islamskim. Powodowało to, że w niektórych okolicznościach geopolitycznych byli traktowani przez Zachód jako sojusznik, choć sami widzieli w nim wroga równego Sowietom. Przykładem może być tu okres inwazji Związku Sowieckiego na Afganistan, a w czasach nam współczesnych – tzw. Arabska Wiosna.

Zaprowadzenie drakońskiego porządku na kontrolowanych przez siebie terytoriach pozwoliło ISIS na ukonstytuowanie lokalnych władz, a wraz z nimi aparatu podatkowego. Uzyskano także dostęp do infrastruktury związanej z wydobyciem ropy naftowej. ISIS weszło zatem w posiadanie źródeł dochodu, a więc i finansowania własnej działalności, pozwalającego na realizowanie podstawowych funkcji, jakie każde państwo powinno posiadać. Opanowanie roponośnych terenów pogranicza Iraku i Syrii spowodowało, że PI może o wiele skuteczniej kontrolować swoje rosnące terytorium niż miało to miejsce w przypadku afgańskich talibów.

Jednym z motywów przyciągających dziś młodych ludzi w szeregi organizacji fundamentalistycznych jest kryzys gospodarczy, który dotyka państwa muzułmańskie. Nakłada się na niego także eksplozja demograficzna, powodująca przeludnienie. Radykałowie, kontestujący istniejący system polityczny czy porządek społeczny, sprawiają wrażenie ostatniej nadziei dla młodych i ambitnych, ale bezrobotnych i pozbawionych perspektyw muzułmanów. Zachód dał się przy tej okazji złapać w pewną pułapkę ideologiczną. Sięgająca twórczości Francisa Fukuyamy wiara w nieuchronne zwycięstwo liberalnej demokracji nie tylko w Europie, ale i poza nią spowodowała, że a priori przyjęto założenie, że reżimy wojskowe w Libii, Egipcie, Iraku albo Syrii zostaną zastąpione w procesie demokratyzacji przez siły prozachodnie i liberalne. Rzecz w tym, że osoby o takich poglądach politycznych są w świecie islamu niewielkim marginesem, w odróżnieniu od dobrze zorganizowanych i zaprawionych w walce z dyktatorami fundamentalistów. W walce o rząd dusz liberałowie/moderniści nie mieli żadnych szans z radykałami. Przykładem może być Egipt i lansowany przez Zachód na demokratycznego prezydenta były szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Mohamed el Baradei, który w swoim kraju był niepopularny, w przeciwieństwie do popieranego przez Braci Muzułmanów Mursiego. Można więc powiedzieć, że ruchy fundamentalistyczne mają niespodziewanie dużo wspólnego z… zachodnią lewicą. W tym kontekście ISIS można śmiało porównać do bolszewików z czasów Lenina. Obok wspomnianego wcześniej swoistego uniwersalizmu (koncept adresowany jest nie do jednego narodu, ale do wszystkich ludzi), można zaobserwować wielki potencjał rewolucyjny: dążenie do zniszczenia zastanych struktur społecznych i odsunięcia od władzy dotychczasowych elit. Z tej perspektywy należy oceniać dobór celów ataków terrorystycznych w takich państwach jak Egipt, czy Tunezja: chodzi o odstraszenie turystów od odwiedzania tych krajów. Turystyka jest tam jedną z podstawowych gałęzi gospodarki i źródłem „twardej waluty”, zatem bezpośrednim skutkiem ataków jest spadek dochodów państwa. To z kolei prowadzi do ubożenia społeczeństwa i pogłębiania się poważnych problemów, takich jak bezrobocie. Mamy zatem do czynienia z klasyczną bolszewicką metodą działania w myśl zasady „im gorzej, tym lepiej”.

Z doktrynami totalitarnymi łączą też fundamentalizm islamski proste recepty na skomplikowane problemy: wprowadzenie szariatu ma być panaceum na wszelkie bolączki i patologie. Propaganda fundamentalistyczna za skutki ekonomiczne własnej działalności obwinia Zachód oraz ich zdaniem nieudolne rządy świeckie, które nie radzą sobie z gigantycznym bezrobociem, zwłaszcza wśród młodych ludzi. O rewolucyjnym charakterze ISIS może świadczyć fakt, że działa ono najbardziej aktywnie w tych państwach, w których władza państwowa nie zajmowała się redystrybucją dochodów ze sprzedaży ropy naftowej i kupowaniem za „petrodolary” spokoju społecznego. Obalone przemocą dyktatury nie zostały zastąpione przez sprawne struktury, co spowodowało upadek tych państw. Fundamentalizm wypełnia tę polityczną próżnię lub przynajmniej usiłuje to robić. Dla młodych ludzi, którzy nie mogą się przebić w tradycyjnym społeczeństwie, często dobrze wykształconych i z ambicjami, udział w rewolucji islamskiej jest jedyną obok próby emigracji na Zachód szansą na przebicie szklanego sufitu.

ISIS a Zachód
Z wcześniejszych rozważań można wyprowadzić wniosek, że głównym wrogiem Państwa Islamskiego są świeckie reżimy rządzące w świecie muzułmańskim od lat 50. XX wieku oraz moderniści, którzy chcieliby żyć w państwach przypominających pod względem społeczno-kulturowym kraje Zachodu. Do tej listy należy dodać również „naftowe” monarchie Zatoki Perskiej. Dzieje się tak dlatego, że Państwo Islamskie w celu integracji swoich zwolenników sięgnęło po pojęcie kalifatu. Oznacza on pełnię władzy duchownej i świeckiej nad wszystkimi muzułmanami, gdziekolwiek się znajdują. Nawiązuje nie tyle do okresu I wojny światowej i likwidacji tej instytucji przez Atatürka, co do średniowiecza – okresu największej ekspansji islamu, gdy wyznawcy tej religii byli zjednoczeni, a do tego pod wieloma względami przewyższali Zachód. Jest to zatem ów mityczny Złoty Wiek, do jakiego z tęsknotą odwołują się mający poczucie krzywdy muzułmanie. Koncepcja kalifatu jako najwyższej władzy świeckiej oznacza zanegowanie prawa lokalnych dynastii (takich jak choćby panująca w Arabii Saudyjskiej) do władzy, o ile nie uzyska ona akceptacji kalifa. Oczywiście, wrogiem dla ISIS jest także Iran, a ma to związek z historycznym konfliktem sunnitów i szyitów. W tej „walce o rząd dusz” Zachód jest tłem tak długo, jak długo nie angażuje się w proces kształtowania stosunków w świecie islamu. Dlatego wśród ofiar ISIS przeważają muzułmanie oraz przedstawiciele lokalnych wspólnot chrześcijańskich czy żydowskich. Antyamerykańskość czy antyzachodniość pełni tam funkcję symbolu zła moralnego, dla którego czysty islam ma stanowić jedyną alternatywę.

Państwo Islamskie nazwało się kalifatem, a więc centrum religijno-politycznym całego świata islamu. Z prawno-teologicznego punktu widzenia nie musi mieć to żadnego znaczenia, dopóki nie uzyska powszechnej akceptacji w świecie islamu. Ma jednak bardzo dużą siłę propagandową. Oddziałuje nie tylko na wyobraźnię muzułmanów od Maroka po Indonezję, ale także na wyznawców islamu zamieszkujących Europę Zachodnią. I tu pojawia się główny z punktu widzenia Europy problem: zagrożenie radykalizacją islamską, generowane przez samo istnienie ISIS. Jest ono dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim chodzi o duży potencjał rewolucyjny, który trafia na podatny grunt szczególnie w Europie, która wciąż nie może się podźwignąć z kryzysu gospodarczego. Jeśliby szukać tu jakichś heurystycznych analogii, to najbliższą jest rewolta studencka 1968 r. Obok mas radykalnej młodzieży, a nawet rządzącego establishmentu, działali wówczas radykałowie z takich organizacji terrorystycznych jak Frakcja Czerwonej Armii (Grupa Baader-Meinhof) czy też Czerwone Brygady. Oczywiście, dziś wiemy, że skala ich szkodliwości mogła być tak duża za sprawą wsparcia logistycznego ze strony Sowietów. Podglebie dla działania ówczesnych i obecnych radykałów było dość podobne: brak pracy zgodnej z ambicjami młodego pokolenia. Jest jednak zasadnicze novum: pustka duchowa, jaka panuje na Zachodzie, a którą islam stara się w specyficzny sposób wypełnić. Adresatami przesłania emisariuszy ISIS, czyli meczetowych radykalnych kaznodziejów, są nie tylko imigranci czy kolejne ich pokolenie, ale poszukujący moralnych drogowskazów młodzi Europejczycy. Wydawać by się mogło, albo tak chcieliby zwolennicy eurolewicy, że purytańskie zasady nie są atrakcyjne dla ludzi wychowanych w ultra-wolnościowym społeczeństwie.

Państwo Islamskie nazwało się kalifatem, a więc centrum religijno-politycznym całego świata islamu. Z prawno-teologicznego punktu widzenia nie musi mieć to żadnego znaczenia, dopóki nie uzyska powszechnej akceptacji w świecie islamu. Ma jednak bardzo dużą siłę propagandową. Oddziałuje nie tylko na wyobraźnię muzułmanów od Maroka po Indonezję, ale także na wyznawców islamu zamieszkujących Europę Zachodnią.

Nic bardziej mylnego. Islamski radykalizm jest dla młodych ludzi Zachodu formą kontestacji świata, który nie spełnia ich oczekiwań. Pomaga im odrzucić część potrzeb konsumpcyjnych, na których zaspokojenie i tak byłoby im ciężko zapracować. Często też umie zmotywować do wydobycia się z nałogów, np. z narkomanii czy alkoholizmu. Pamiętać należy, że negatywna reakcja społeczna w postaci wielkich demonstracji w Paryżu przeciwko libertyńskiemu ustawodawstwu socjalistów połączyła tradycjonalistycznych katolików z działaczami muzułmańskimi. Za tego rodzaju nawróceniami czy odkrywaniem duchowych korzeni podąża zjawisko neofityzmu. Jest ono skrzętnie wykorzystywane przez ISIS. Przede wszystkim jako źródło finansowania działalności. W przesłaniach tłumaczonych na język angielski wyraźnie można usłyszeć, że dobra jest każda forma udziału w dżihadzie, a więc także jego finansowanie. Dużą wymowę propagandową nadaje się także czynnemu udziałowi ludzi urodzonych w Europie w walce w szeregach armii ISIS w Iraku czy Syrii. Pokazuje się szczególnie osoby, które nie posiadają islamskich korzeni – Europejczyków. Opinię publiczną Zachodu szokują obrazy młodych ludzi wychowanych na Starym Kontynencie, mówiących nieskazitelnie w państwowych językach, czynnie uczestniczących w publicznych egzekucjach. Akty okrucieństwa mają miejsce także w państwach Zachodu – morduje się ludzi w Wielkiej Brytanii, Francji, czy Kanadzie. Liberalne demokracje wydają się być bezsilne, nie potrafiąc zapobiec tym aktom przemocy. Co gorsza, odpowiedzią na przemoc jest hasło „jeszcze więcej liberalizmu”, czyli w praktyce jeszcze więcej tolerancji dla radykalnych kaznodziejów i aktywistów w europejskich miastach.

Konkluzje
Polska do tej pory była na uboczu opisanych wcześniej procesów. Jedyną ofiarą radykalnych muzułmanów był polski geolog zamordowany w Pakistanie. Zamieszkująca w Polsce ludność tatarska, w codziennych zachowaniach nie różni się od chrześcijańskich sąsiadów, a lata wspólnych doświadczeń, także walki o niepodległość Polski i totalitarnych represji, stworzyły bezprecedensową na skalę europejską więź. Jednak wejście Polski do Unii Europejskiej, a zwłaszcza do strefy Schengen powoduje, że także nasza ojczyzna może stać się sceną wydarzeń podobnych do tych, jakie widzimy na Zachodzie. Również i u nas liberalna propaganda stara się bagatelizować problem, wekslując go do semantycznie pustego pojęcia „islamofobii”. Takie podejście uniemożliwia wszelką dyskusję na temat istoty problemu. Jest nią racjonalna polityka imigracyjna państwa, a właściwie jej brak. „Płynący z głównym nurtem” rząd RP udawał i udaje, że problem nas nie dotyczy. Jednak naciski ze strony Brukseli, żeby i Polska przyjęła określoną kwotę imigrantów powodują, że stajemy przed koniecznością wypracowania jasnej polityki w tej kwestii. Wypowiedź prezydenta Dudy, że Polska dziś stoi przed problemem imigracji z Ukrainy i w związku z tym nie może sobie pozwolić na otwarcie granic przed uchodźcami z Libii, Syrii czy Sudanu jest rozsądnym głosem w dyskusji. Jednak to też nie zamyka problemu, który jest znacznie szerszy. Z drugiej strony politycznej barykady pojawiają się nawiązujące nieco do romantycznej retoryki głosy o konieczności przeprowadzenia „krucjaty przeciw ISIS” lub – w wersji bardziej poprawnej politycznie – „akcji zbrojnej, która spowoduje, że ustanie przyczyna masowych migracji ludzi z państw muzułmańskich”. Warto się nad tym zatrzymać.

Hasło krucjaty, rzucone niegdyś przez prezydenta George’a W. Busha, jakkolwiek nośne, bliskie naszej tradycji romantycznej, choć bardziej walterskotowskie niż sienkiewiczowskie, samej sprawie załatwienia problemu państw upadłych nie służy. Obecne państwa nie posiadają ani woli politycznej, ani też sił i środków do rekolonizacji terenów, o których mowa, a do tego nieuchronnie musiałaby prowadzić owa krucjata. Pozostaje zatem współdziałanie z siłami modernistycznymi, które są naturalnym wrogiem fundamentalistów. Problem w tym, że często są one dalekie od nawet wąsko pojmowanej demokracji, czego przykładem reżim Assada czy zlikwidowane rękami Zachodu rządy Husajna i Kadafiego. Wówczas pojawia się dylemat moralny, który można nazwać mniejszym złem. Dylemat będący elementem dyskursu pomiędzy idealistami a realistami. Dylemat, którego zdawali się nie dostrzegać amerykańscy politycy formatu Ronalda Reagana, wspierający różnych latynoskich czy azjatyckich dyktatorów dlatego, że oni też walczyli z komunizmem. Według tego paradygmatu można rozważać np., czy nie byłoby lepiej po likwidacji wspomnianego Saddama postawić na kogoś z post-saddamowskich kręgów wojskowych niż eksperymentować i wspierać rachitycznych polityków emigracyjnych przywiezionych w teczkach? Oczywiście, nie poznamy odpowiedzi na to pytanie, jednak postępujący upadek państwa irackiego pokazuje, że wybrany scenariusz okazał się błędny. Idealiści brzydzący się okrutnym Muamarem Kadafim też nie przeanalizowali możliwych skutków jego obalenia, a więc rozpadu struktur państwowych Libii. Popełnili również błąd w przypadku Egiptu – opierając się tylko na wierze i teoriach adekwatnych do społeczeństw europejskich, zakładali że w przypadku przeprowadzenia wolnych wyborów ludność tego kraju zachowa się tak, jak oni tego oczekują. Tymczasem Egipcjanie wybrali na prezydenta kandydata fundamentalistów.

Jeśli zatem mówimy o obaleniu ISIS siłą, co nie pozostaje poza technologicznymi możliwościami Zachodu, a USA w szczególności, musimy zastanowić się, co w jego miejsce. Skoro wariant demokratyczny zawiódł w wielu wypadkach, bo albo wybierano radykałów, albo słabych polityków niezdolnych do konsolidowania państwa i obrony przed fundamentalistami, to może trzeba szukać tam „silnego człowieka”, który przede wszystkim nie jest fundamentalistą, ale też i niekoniecznie demokratą? Używanie wprost hasła krucjaty jako sposobu określania celów działania powoduje usztywnienie stanowiska drugiej strony i wywołuje konieczność opowiedzenia się przez naszych potencjalnych sprzymierzeńców po „ciemnej stronie mocy”. A historia uczy, że dla Zachodu zjednoczenie świata islamu przeciw niemu było zawsze groźne, natomiast rozbicie i walki frakcyjne –ze wszech miar pożądane.

Z krucjatą jest też inny poważny problem: Zachód jest wewnętrznie, duchowo wypalony. Trudno znaleźć jakąś ideę, myśl przewodnią, która może go skutecznie skupić w walce z zagrożeniem ze strony ISIS. Od dawna nie jest nią niestety chrześcijaństwo, kontestowane przez elity polityczne, w szczególnie jaskrawy sposób we Francji, ale i w Polsce są ich naśladowcy. Zachodowi brakuje już siły i kręgosłupa aksjologicznego dającego możliwość przeciwstawienia się systemom wartości przynoszonym przez muzułmanów, a w szczególności radykalnych imamów. Tak zwane wartości liberalne czy liberalna demokracja okazują się być nieatrakcyjne dla świata islamu. Widać, że powoli również na Zachodzie nie wystarcza tych, którzy chcą ich bronić, gdy druga strona niszczy je przemocą.

Polska na tym tle nie wygląda jeszcze najgorzej, choć procesy destrukcyjne postępują na naszych oczach. Ważne jest, by uczyć się na cudzych błędach, zamiast je popełniać w myśl koncepcji linearnego rozwoju świata i nieuchronności procesów społecznych. Konieczna jest zatem krucjata wewnętrzna, obrona tradycyjnych wartości i instytucji społecznych, które oprą się naporowi konkurencyjnych systemów aksjologicznych. Odbudowa tych sił, które dawały Zachodowi przewagę nad otoczeniem, zdolność do pracy, adaptacji, innowacyjności. Wreszcie zdolność do asertywności wobec obcych koncepcji filozoficzno-religijnych. W tym kontekście ślepa, bezwarunkowa otwartość na każdego, kto kołata do granic naszego kraju jest błędem. Podstawą powinna być zdolność kandydata na imigranta do przyjęcia i zaakceptowania naszych wartości, a to w przypadku radykałów muzułmańskich jest raczej mało prawdopodobne. Potrzebna jest świadomie kreowana i realizowana polityka imigracyjna, oparta wyłącznie na interesie polskim. A więc przede wszystkim otwarcie się na Polaków na Wschodzie, na rzecz których działał marszałek Maciej Płażyński. To wobec nich mamy moralny dług. Dużo większy niż ten, jaki mają dawne mocarstwa kolonialne wobec swoich dawnych zagranicznych poddanych. Później otwierajmy się na ludzi o zbliżonych do naszego systemach wartości, których jednak historia stawiała czasem po dwóch stronach frontu.

Skoro nawet kanclerz Angela Merkel i premier David Cameron mówią publicznie o klęsce polityki wielokulturowości, to i my powinniśmy wyciągać z tego doświadczenia wnioski i takiej klęski nie ryzykować. Nie dajmy się też manipulować przywoływaniem „wielokulturowości I Rzeczypospolitej” jako wzoru do naśladowania w stosunku do imigrantów in gremio. Owszem, ten model świetnie działa w przypadku Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Czechów, Słowaków, a nawet Włochów czy Hiszpanów, których system wartości i sposób życia nie różni się dziś wiele od naszego.

Jeśli chodzi o pozostałych, to przyjmujmy tych, którzy nam są potrzebni i wypełnią luki na naszym rynku pracy. Zdecydowanie ważniejszy jest aktywny udział naszego państwa, a zwłaszcza jego sił zbrojnych w procesie likwidacji problemu tzw. państw upadłych i odbudowy stabilnych struktur państwowych tam, gdzie one zanikły na skutek błędów naszych sojuszników czy też pewnych procesów historycznych. Nawet przejściowe negatywne reakcje ze strony mocarstw europejskich na tego rodzaju racjonalną, ale realistyczną politykę będą mniej szkodliwe niż powielanie popełnianych przez nie błędów. Tam bowiem trudno sobie wyobrazić jakiś nagły zwrot w strukturze demograficznej, przełamujący negatywne tendencje. Tak samo mało realne jest, by nagle kolejne pokolenia imigrantów zbliżyły się do laickiego liberalizmu, na wzór i podobieństwo obecnych zachodnich elit. Skoro nawet kanclerz Angela Merkel i premier David Cameron mówią publicznie o klęsce polityki wielokulturowości, to i my powinniśmy wyciągać z tego doświadczenia wnioski i takiej klęski nie ryzykować. Nie dajmy się też manipulować przywoływaniem „wielokulturowości I Rzeczypospolitej” jako wzoru do naśladowania w stosunku do imigrantów in gremio. Owszem, ten model świetnie działa w przypadku Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Czechów, Słowaków, a nawet Włochów czy Hiszpanów, których system wartości i sposób życia nie różni się dziś wiele od naszego. Tu nasza otwartość powinna być szczera, choć nikłe możliwości pomocy z racji takiej a nie innej sytuacji ekonomicznej Polski mogą powodować, że przybysze ze Wschodu poczują się rozczarowani. Natomiast próba powielania błędów Zachodu ze złudną nadzieją, że nam się uda to, co oni przegrali, jest kompletnie nieracjonalna. Ważne jest pielęgnowanie i rozwijanie tradycyjnych wartości, by nie wytworzyć w Polsce takiej duchowej pustyni, jaką na Zachodzie zapełniają teraz islamscy fundamentaliści. Bogaci w bagaż doświadczeń innych, powinniśmy starać się wypracować własny model stosunków z innymi. Nie oparty na emocjach (takich jak strach czy nienawiść), ale na racjonalnym kalkulowaniu i ocenie narodowego i państwowego interesu.

Dr hab. Aleksander Głogowski. Adiunkt w Katedrze Strategii Stosunków Międzynarodowych UJ. Stypendysta School of Oriental and African Studies (Londyn) oraz Institute of Strategic Studies (Islamabad). Wykładał także na Uniwersytecie Wieleńskim. Członek Polskiego Towarzystwa Stosunków Międzynarodowych, Royal Society for Asian Affairs (Wielka Brytania), European Association for South Asian Studies (Niemcy). Autor licznych monografii i artykułów naukowych dotyczących polityki zagranicznej i wewnętrznej Pakistanu oraz relacji pakistańsko-afgańskich. Zajmuje się również historią Policji Państwowej II RP oraz zagadnieniami bezpieczeństwa narodowego.

Rzeczy Wspólne-page-0

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach kwartalnika Rzeczy Wspólne nr 21/2015

FOT. ABACA/NEWSPIX.PL

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze