News-Serwis

Kultura i Styl życia

Dobro narodowe USA – jak amerykański keczup i Kaczor Donald. Joe DiMaggio, baseballista, który oddał serce Marylin

Dobro narodowe USA – jak amerykański keczup i Kaczor Donald. Joe DiMaggio, baseballista, który oddał serce Marylin
14 stycznia 2016
16:00

Amerykanie mogą nie wiedzieć kim jest Pele, Ronaldo, kim był Kopernik, Szekspir albo nawet Kolumb. Znają za to „Joltyn Joe”, część historii USA, dobro narodowe, świętość Nowego Jorku. Nie da się zrozumieć amerykańskiej popkultury bez znajomości podstaw baseballu i postaci Joe DiMaggio, jednego z największych graczy w historii Major League Baseball, człowieka, który 14 stycznia 1954 r. usidlił Marylin Monroe, a obrotnym marketingowcom – nawet po swojej śmierci – pomaga nabijać kiesy.

Piotr Otrębski

Nad Wisłą mało kto o nim słyszał. Nic dziwnego, w Polsce baseball ma się kiepsko nawet w wersji „palant”, a w latach 50-tych, kiedy Ameryka żyła trudną miłością DiMaggio i Marylin Monroe, „Trybuna Ludu” donosiła co najwyżej o amerykańskiej… stonce ziemniaczanej. Co tam Marylin, kiedy była Nina Andrycz, co tam DiMaggio, kiedy był Ferenc Puskás! W ten sposób ominęła nasz kraj jedna z najbardziej medialnych historii miłosnych świata.

„Gdzie zniknąłeś Joe DiMaggio, nasz naród wypatruje cię tęsknym okiem” – śpiewali Simon i Garfunkel. DiMaggio, znany też jako „Joltyn Joe” i „The Yankee Clipper” trafił do popkultury i do dziś jest przetrawiany przez twórczość takich tuzów jak Madonna czy Tom Waits.

fot. Catchpenny/Flickr

fot. Catchpenny/Flickr

Na oficjalnej stronie poświęconej baseballiście czytamy:

Większy niż gra, która uczyniła go amerykańską ikoną – Joe DiMaggio, człowiek, który oczarował naród i zdobył zasłużone miejsce w historii, ze swoim naturalnym wdziękiem, niekwestionowaną potęgą i niepobitym rekordem 56 meczów. DiMaggio jest zarówno mitem i legendą, reprezentacją amerykańskich gier i intryg.

Z sycylijskim rodowodem

Urodził się w 1914 r. jako Giuseppe Paolo DiMaggio w Kalifornii. Był czwartym synem i ósmym dzieckiem sycylijskich imigrantów Giuseppe i Rosalie DiMaggio. Para przybyła do Ameryki w 1898 roku. Na Sycylii rodzina od pokoleń zajmowała się połowem ryb. W USA kontynuowała tradycję, wchodząc w społeczność lokalnych rybaków. Giuseppe liczył, że synowie pójdą w jego ślady. Dwóch spełniło nadzieje ojca. Joe miał obrzydzenie do martwych ryb i odoru kutra. Chciał się za wszelką cenę wyrwać. Żyć inaczej.

fot. Wikimedia Commons

fot. Wikimedia Commons

Od wczesnych lat interesował się baseballem, co średnio podobało się ojcu – gdzie włoskie tradycje a gdzie baseball? W dzieciństwie Joe pracował dorywczo, sprzedawał gazety. Nie wiedział jeszcze, że to właśnie baseball jest jego przeznaczeniem. Do poważnego grania zachęcił go brat Vince, który jako zawodnik zarabiał na życie. Joe okazał się utalentowany, pełny pasji i zaangażowania. Wkrótce wygrał pierwsze zawody i za sprawą kija zarobił pierwsze dolary. Stał się gwiazdą nowojorskich „jankesów”.

Sport i wojna

W 1939 r. „Joltyn Joe” został wybrany najbardziej wartościowym graczem ligi (MVP). W tym samym roku w Europie wybuchła wojna, do której USA formalnie przystąpiły dwa lata później. W 1941 r. na świat przyszedł syn Joe i aktorki Dorothy Arnold. Ślub pary w roku 1937 był sensacją. Wokół kościoła zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy gapiów! W tym samym roku DiMaggio ustanowił niepobity do dziś rekord 56 kolejnych meczów, w których przynajmniej raz zaliczał uderzenie. W ten sposób po raz drugi został wybrany MVP ligi.

W 1943 r. młody ojciec i mąż zaciągnął się do armii. W tym czasie Amerykanie nie wykrwawiali się jeszcze przesadnie. Joe, choć miał być traktowany bez taryfy ulgowej, większość służby spędził na grze w baseball. Nie była to żadna dywersja. Chodziło o zapewnienie wojsku odpowiedniej dozy rozrywki i zachowanie wysokiego morale w szeregach. Decyzją prezydenta Roosevelta w czasie II wojny światowej nie przerwano gier.

„Czuję, że kontynuowanie rozgrywek baseballowych będzie dobre dla kraju. Będzie mniejsze bezrobocie, wszyscy będą pracować dłużej i ciężej niż kiedykolwiek wcześniej.” – przekonywał przywódca USA.

fot. Wikimedia Commons

fot. Wikimedia Commons

Baseball był częścią amerykańskiej tożsamości narodowej. Był bardziej popularny niż piłka nożna w Polsce, a przecież nawet w okupowanej Warszawie organizowano nielegalne (zabronione przez Niemców) rozgrywki piłkarskie. DiMaggio stacjonował najpierw w bazie Santa Ana w Kaliforni, następnie na Hawajach. Wszędzie występował w drużynach wojskowych. Tak mijały mu lata zawieruchy dziejowej. Nabawił się przy tym wrzodów żołądka – tyle z koszmaru wojny stało się udziałem wielkiego „Joltyn Joe”. Zakończył służbę na zwolnieniu lekarskim, po czym wrócił do „jankesów”. W międzyczasie zdążył się rozwieść z Dorothy Arnold.

Marylin Monroe

W roku 1952 przyjaciel zaaranżował kolację, na której pojawili się Joe – największa gwiazda amerykańskiego sportu, powoli myśląca o emeryturze i ustatkowaniu się oraz młodziutka aktorka, której kariera dopiero nabierała tempa. Była nią Marylin Monroe. Tak rozpoczął się najsłynniejszy romans w dziejach Ameryki. DiMaggio wkrótce oświadczył się. Po 18 miesiącach para pobrała się.

Był 14 stycznia 1954 roku. Media okrzyknęły wydarzenie „ślubem stulecia”. Cały naród żył doniesieniami o perypetiach młodej pary. Choć oboje darzyli się szczerym uczuciem, różnica charakterów i oczekiwań względem życia doprowadziły do rozwodu – w niecały rok po złożeniu małżeńskiej przysięgi.

fot. Wikimedia Commons

fot. Wikimedia Commons

Marylin brylowała, była ubóstwiana, nie stroniła od romansów. Wkrótce ponownie wyszła za mąż. Jej związki nie były jednak szczęśliwie, a Joe wciąż liczył, że los jeszcze złączy ich na powrót. W końcu znów się zbliżyli. „Joltyn Joe” podobno planował drugie oświadczyny. 5 sierpnia 1962 roku mieli się spotkać. Po romantycznym popołudniu, DiMaggio zamierzał ponownie poprosić Marylin o rękę. Nie zdążył. Ukochana nie żyła. Jak poinformowano – popełniła samobójstwo. Po tej tragedii Joe nie mógł się pozbierać. Osobiście zadbał o organizację pogrzebu. Na grób ukochanej posyłał tuziny róż. Kiedy w 1999 roku umierał na raka wyszeptał: „Wreszcie zobaczę się z Marylin”.

fot. Wally Gobetz/Flickr

fot. Wally Gobetz/Flickr

Joe DiMaggio to legenda wciąż żywa. Jego nazwisko, firmujące cały arsenał produktów, brzmi jak magiczne zaklęcie – pozwala zarabiać miliony.

fot. Mark/Flickr

fot. Mark/Flickr

fot. Ky/Flickr

Powiązane artykuły

Komentarze