News-Serwis

Kultura

Chłopi

Chłopi
30 października 2015
10:36

Majątek nad Kamienną, który mój pradziadek Edward Pijanowski kupił po powrocie z rodziną z Moskwy w roku 1918, stał się w czasach Polski Ludowej swoistą namiastką szlacheckiego folwarku i dworku. Nie tylko dlatego, że był największy (a zatem najzamożniejszy) we wsi i że w jego skład wchodził młyn. Także z tego powodu – a kto wie, czy nie przede wszystkim – że właścicieli cechował naturalnie „pański” sposób bycia, co niejako automatycznie definiowało relacje z sąsiadami.

Rolę tę siedziba moich przodków zaczęła pełnić najwidoczniej z potrzeby wypełnienia pustki powstałej po reformie rolnej i przegnaniu z ich włości dziedziców. Jako dziecko spędzałem tam z babką i matką każde większe święta (Boże Narodzenie i Nowy Rok, Wielkanoc, Zaduszki) i do osiemnastego roku życia jeden z wakacyjnych miesięcy. Niekiedy zjawiali się również moi nieco starsi kuzyni z wielkiego miasta. Powiadali wówczas, że przenoszą się do średniowiecza.

Rzeczywiście: te wyjazdy były podróżami w czasie. Wielu starych mieszkańców wsi miało metryki jeszcze dziewiętnastowieczne. Niektórzy robili przy tym wrażenie żywcem przeniesionych z powieści Reymonta. Na przykład, starowinka utrzymująca się – jeśli tak to można nazwać – z pasania gęsi tym, którzy byli tak bogaci (!), że je mieli.

Inna, niemal analfabetka (potrafiła się z trudem podpisać), używająca jako letniej sukienki stylonowej halki, w której bez skrępowania poruszała się po wsi, zapytała mnie kiedyś – a mogłem mieć lat 14 lub 15 – czy mam sztuczne szczęki, bo w głowie się jej nie mieściło, że uzębienie własne może być zadbane i estetyczne (nawet u kogoś w moim wieku). Była jednocześnie jedną z najsubtelniejszych, najdelikatniejszych w kontaktach z innymi osób, jakie w życiu spotkałem, człowiekiem uroczym.

O kolejnej krążyła po wsi mrożąca krew w żyłach opowieść, jak to zarzynając cielę doszła do wniosku, że ma tępy nóż, więc przerwała zaawansowaną już akcję i poszła go naostrzyć. Inną jeszcze narzeczony poprowadził do ślubu (cywilnego) prosto z pola. Oboje byli w gumowcach i roboczej odzieży. Kiedy już stanowili małżeństwo, mąż mówił o niej, że jest „nicimna”. Chodziło o to, że on uważał, iż jest – w przeciwieństwie do niej – człowiekiem oświeconym. Miał na to dowód: gdy pokazał jej w książce wizerunki małp, powiedziała: „Zamknij! To są ancykrysty!”.

Wychodek w ich obejściu włączony był tylną ścianą w płot oddzielający podwórko należące do nich od podwórka sąsiadów. Kiedy doszło między właścicielami obu posesji do zatargu na jakimś tle – posiadacz ustępu usunął jego rewers. Tak, by wrogowie, których okna wychodziły na tę właśnie stronę, mieli pełny widok na czynności fizjologiczne korzystających z wygódki. Sprawa znalazła swój finał w sądzie.

Popularną rozrywką było wspólne wieczorne oglądanie telewizji. Podstawowa przyjemność polegała na głośnym komentowaniu filmów. „Uważaj! Tam stoi!”, „W mordę go!”, „Uciekaj!” Szczególnie chętnie odwiedzano z tej okazji jedną z włościanek. Może jako osobę bywałą w świecie, bo dorabiała sobie w okolicznym mieście, gdzie zatrudniła się na etacie babki klozetowej. Nie wytrwała na tej posadzie długo. Zwolniono ją, ponieważ kradła mydło. Ściślej: kradła za dużo. Bo powszechne przecież kradzieże z umiarem ludowa władza tolerowała. Kwitł, choćby, handel benzyną między miejscową ludnością i kierowcami ciężarówek, które z kopalni należącej do mojej rodziny woziły znakomitej jakości piasek na państwowe budowy. Jedną z uczestniczek owych telewizyjnych seansów bywała służąca Pijanowskich. Sympatyczna i wesoła kobieta o silnym charakterze. Musiała się otrzeć o jakieś szkoły, bo zapytała mnie kiedyś – który z dwójki: Chopin – Mickiewicz był BARDZIEJ poetą, a który BARDZIEJ muzykiem?

Którychś wakacji wśród letników pojawiła się u moich wujostwa (pradziadkowie już nie żyli) stara ciotka – była właścicielka olbrzymich latyfundiów, odebranych jej przez manifest PKWN. Służąca, o której przed chwilą, obsługiwała także ją. Ciotka wyjeżdżając wręczyła jej – tak, jak miała w zwyczaju za swoich pańskich czasów, gdy zatrzymywała się u krewnych czy znajomych – duży napiwek. Obdarowana natychmiast weszła we właściwą rolę i pocałowała ofiarodawczynię w rękę. A ta nie cofnęła się z okrzykiem protestu.

Cóż, byłem kiedyś w towarzystwie babki i matki z wizytą u owej ciotki osiadłej po deklasacji w metropolii. W pewnej chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Gospodyni poszła otworzyć i naszych uszu dobiegł dialog:
– Co Janowa tak późno?
– A bo, pani dziedziczko, autobus nie dojechał.

Janowa była chłopką z byłych majątków ciotki. Zaopatrywała ją, za władzy ludowej, w mięso i nabiał.

Wszystko to działo się dopiero co. Naprawdę niedawno.

pebejot
Piotr-Bogusław Jędrzejczak – reżyser teatralny, kulturoznawca-teatrolog, psycholog, założyciel i szef artystyczny kilku autorskich festiwali.

Poleć

Powiązane artykuły

Komentarze