News-Serwis

Kraj

Zybertowicz: Wyborcy głosują czasami na przekór

Zybertowicz: Wyborcy głosują czasami na przekór
23 października 2015
14:36

Z Andrzejem Zybertowiczem rozmawia Piotr Otrębski

PO: Czym ta kampania wyborcza różniła się od poprzednich? Czym się charakteryzowała?

AZ: Główna partia opozycyjna wyciągnęła wnioski ze swoich porażek. Wnioski częściowo smutne. Zrezygnowała z wprowadzenia w debatę publiczną tematów przemian instytucjonalnych, które są niezbędne dla podwyższenia sprawności państwa, a nastawiła się na przekaz socjalny. Degradacja debaty publicznej, jaka w ostatnich latach została spowodowana przez lansowanie postaci typu Janusz Palikot i Stefan Niesiołowski, zwiększyła podatność opinii publicznej na demagogię. W tej kampanii ściganie się na obietnice przysłoniło inne wymiary różnic między partiami.

PO: Pytanie czy w ogóle w debacie publicznej – tej medialnej – jest miejsce na spór merytoryczny?

AZ: Jest. Pod warunkiem, że poza komercyjnymi istnieją także media prawdziwie publiczne – takie, które nie ścigają się na oglądalność, które dają przestrzeń do spokojnej, rzeczowej dyskusji między ekspertami a politykami. Politycy skarzą się nie tak rzadko, że są zapraszani do programów telewizyjnych z założeniem, że mają sobie z konkurentami politycznymi skakać do gardeł. Po to w demokracjach finansuje się media publiczne, żeby ciśnienie oglądalności i pozyskiwania reklam nie musiało rujnować przestrzeni sporu o to, co najważniejsze, trudne, zawiłe.

Degradacja debaty publicznej, jaka w ostatnich latach została spowodowana przez lansowanie postaci typu Janusz Palikot i Stefan Niesiołowski, zwiększyła podatność opinii publicznej na demagogię. W tej kampanii ściganie się na obietnice przysłoniło inne wymiary różnic między partiami.

PO: W ostatnim tygodniu kampanii odbyły się dwie debaty telewizyjne – jedna, z udziałem przedstawicielek dwóch komitetów wyborczych Ewy Kopacz i Beaty Szydło – druga, z udziałem przedstawicieli wszystkich ogólnopolskich komitetów. Czy takie debaty nie mają więcej wspólnego z konkursem piękności niż z rzeczową wymianą poglądów?

AZ: Pod wieloma względami mają. Trzeba jednak najpierw surowo ocenić media, które taki format debaty zaproponowały i to dopiero na ostatniej prostej kampanii wyborczej, a nie jako cały cykl debat zaplanowanych na wcześniejsze tygodnie, w których wyborcy mogliby się stopniowo zapoznawać z kompetencjami, ze sposobem prezentowania argumentów przez poszczególnych liderów ugrupowań. We współczesnej polityce ów „konkurs piękności” ma znaczenie, ale wyborcy nie są tak naiwni, żeby premiować za samą urodę. Premiują za stopień asertywności wypowiedzi, za ich płynność, za umiejętność formułowania zrozumiałego przekazu. Ostatnie debaty, przy wszystkich ich ułomnościach, jednak odsłoniły ważny fragment rzeczywistych kompetencji polityków.

PO: Powiedział pan o czymś, co można określić mianem predyspozycji do sprawowania funkcji publicznych. A czym dla wyborców jest kategoria wiarygodności? Po wtorkowej debacie wielu obserwatorów zachwycało się występem lidera ugrupowania Razem Adriana Zandberga. Dla większości wyborców jest to jednak postać kompletnie anonimowa, podobnie jak reszta przedstawicieli jego formacji. Co w tej sytuacji z odpowiedzialnym głosowaniem?

AZ: Wiarygodność często uzyskuje się (przynajmniej na początek) poprzez spontaniczne reakcje emocjonalne odbiorców na język ciała, barwę głosu, strój osób publicznie występujących. Pierwsze wrażenia mogą przesądzić o niskiej lub wysokiej wiarygodności. Gdyby była cała, rozciągnięta w czasie, seria debat, to można by pierwsze wrażenie korygować kolejnymi wrażeniami i samodzielną refleksją. Nie jest poważne zachwycanie się Adrianem Zandbergiem po jednym występie. Gdyby to był jego kolejny występ w świetle kamer, gdyby po drodze musiał się mierzyć z trudnymi pytaniami, testującymi różne pola jego kompetencji, to wtedy moglibyśmy względnie racjonalnie określić poziom jego wiarygodności.

PO: To cały czas wrażenie. Ja mam na myśli ocenianie poprzez czyny.

AZ: To pewna pułapka demokracji. Nie można oceniać przez czyny tych, którzy dopiero rozpoczynają bieg demokratyczny. Łatwiej oceniać przez czyn tych, którzy rządzili albo są długo w opozycji. Ktoś, w kontekście niedawnej debaty, zwrócił uwagę, na różnice doświadczeń posiadanych przez premier Ewę Kopacz i kandydatkę PiS-u na urząd premiera Beatą Szydło. Ta druga była tylko burmistrzem niedużego miasta i potem posłem partii opozycyjnej. Ewa Kopacz pełniła wcześniej ważne funkcje, była ministrem zdrowia, marszałkiem sejmu i przez rok premierem. Wydawało się, że przewaga kompetencyjna po jej stronie powinna być miażdżąca. Chociażby mając dostęp do danych niezbędnych dla rządzenia krajem, uczestnicząc wcześniej w wielu międzynarodowych spotkaniach, jako osoba politycznie znacznie bardziej doświadczona, powinna zmiażdżyć swoją konkurentkę. W sytuacji, gdy nic takiego nie nastąpiło (zwolennicy obozu władzy ogłosili remis), widzimy wyraźny deficyt kompetencji intelektualnych i emocjonalnych po jednej ze stron. Najwyraźniej urzędująca pani premier osiągnęła już szczyt swoim możliwości, a przedstawicielka opozycji nadal jest na linii wzrostu.

Nie można oceniać przez czyny tych, którzy dopiero rozpoczynają bieg demokratyczny. Łatwiej oceniać przez czyn tych, którzy rządzili albo są długo w opozycji.

PO: Chciałbym jeszcze powrócić do „objawień kampanii” – patrząc szerzej – ostatniego 25-lecia.
W każdych wyborach zdarzają się, mówiąc kolokwialnie, „sezonowe wystrzały” – tak jakby był pewien płynny elektorat, który chętnie przenosi swój głos na dość egzotyczne twory polityczne. Czym przyciągają takie ugrupowania i takie sezonowe postaci – żeby nic nie sugerować – nie wymienię nazw ani nazwisk?

AZ: Trudno np. Janusza Koriwn-Mikkego traktować jako atrakcję sezonową, choć czasem tak się go postrzega. On jest stałym elementem folkloru politycznego. Media często pokazują go, jak się wydaje, ze względu na pewną ludyczność. Wyborcy zmęczeni procesem politycznym, którego nie rozumieją, czasami głosują jakby na przekór, kiedyś np. na Polskę Partię Przyjaciół Piwa.

PO: Oczywiście, Janusz Korwin-Mikke to stary gracz na naszej scenie politycznej. Myślę raczej o przypadkach Stana Tymińskiego, Ruchu Palikota, Samoobrony

AZ: Samoobrona była jednak głęboko zakorzeniona w tkance i problemach społecznych. Oczywiście, warto rozważyć, na ile ugrupowanie to było sztucznie medialnie „dotleniane” przez zakulisowe grupy interesu, którym zależało na osłabieniu najpoważniejszej wówczas partii antysystemowej, czyli PiS-u. Podobną sytuację mamy obecnie z Ryszardem Petru. Marcin Strzymiński obliczył, że od początku kwietnia do 13 września Petru miał 59 wystąpień w mediach głównego nurtu (nie licząc wielu tzw. setek), co jest wyraźnym sztucznym „pompowaniem” tego kandydata. Możliwe, że wyborcy nie tyle są podatni na demagogiczny często przekaz samych kandydatów, co na technikę wielokrotnego pojawiania się w „poważnych” audycjach i korzystnych kontekstach.

PO: Czy po wyborach będą realne szanse na wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej i zwrot wraku Tupolewa?

AZ: Szanse są, jeśli uruchomiony zostanie profesjonalny system weryfikacji wszystkich dostępnych już informacji i pozyskiwania nowych.

od początku kwietnia do 13 września Petru miał 59 wystąpień w mediach głównego nurtu (nie licząc wielu tzw. setek), co jest wyraźnym sztucznym „pompowaniem” tego kandydata. Możliwe, że wyborcy nie tyle są podatni na demagogiczny często przekaz samych kandydatów, co na technikę wielokrotnego pojawiania się w „poważnych” audycjach i korzystnych kontekstach.

PO: Jak to zrobić, jakie służby muszą sprawnie działać, jaka ma być rola prezydenta?

AZ: Rola prezydenta wynika z Konstytucji. Polskie służby trzeba zreformować i uruchomić procedurę audytu wszystkich strumieni informacji na temat tragedii smoleńskiej; także pod kątem prowadzenia celowej dezinformacji.

PO: Był pan ekspertem Komisji Weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych. Od lat spekuluje się co jest w tzw. tajnym aneksie do raportu z likwidacji WSI. Co jakiś czas mówi się o przeciekach. Czy ten dokument powinien zostać w końcu ujawniony?

AZ: Prezydent Lech Kaczyński miał tu zastrzeżenia – po pierwsze, że są tam informacje, których ujawnienie mogło by narazić na szwank bezpieczeństwo Polski, po drugie, miał zastrzeżenia co do trafności niektórych analiz. Dzisiaj trzeba ponownie spokojnie, nie w klimacie kampanii wyborczej, aneks przeczytać i po lekturze zastanowić się czy zastrzeżenia prezydenta RP sprzed kilku lat nadal są w mocy. Jeśli upływ czasu zdezaktualizował te zastrzeżenia, to aneks trzeba opublikować.

dr hab. Andrzej Zybertowicz – socjolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, publicysta, w latach 2008-2010 doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego, doradca prezydenta Andrzeja Dudy.
fot: Autor: Michał460, Wikimedia Commons

Powiązane artykuły

Komentarze